(Strona: 80 z 893)
| [PIERWSZA] | [OSTATNIA] |
| Autor | Temat: Słuchawki wysokiego lotu |
| ptx
(525/0/1539)
WYŚLIJ PW |
2008-07-19 / 08:29
ad h 7000 w mahoniowym drewnie...
/choć wydaje się to niemożliwe, nie jestem nieomylny/
Aby powiększać zdjęcia musisz się zalogować!
|
| Dawindyk
(108/0/1526)
WYŚLIJ PW |
2008-07-19 / 10:37
AH-D7000: Available October, Sug. Retail $999
*Ultra Reference Over-ear Headphones *Mahogany Wood housing w/rich piano finish *11.4% stronger magnetic circuity over AH-D5000 *Leather bound case w/satin lining and aluminum plate Nie spodziewalbym sie ani cudow ani wiekszych roznic w stosunku do D5000 |
| aasat
(2000/18/1520) Kraków
WYŚLIJ PW |
2008-07-19 / 15:50
>> ptx, 2008-07-19 08:29:14
ad h 7000 w mahoniowym drewnie.. teraz to wyglądają podobnie do JVC HP-DX1000 no i cena ta sama |
| Piotr Ryka
(4605/63/1540)
WYŚLIJ PW |
2008-07-20 / 18:15
AKG K1000 – CZYLI MAGIA RZECZYWISTOŚCI Cierpliwość jest cechą, która bywa nagradzana lub nie. Dobrze jeżeli jest, bo sama w sobie nie stanowi żadnej wartości. W przypadku tej recenzji zwieńczeniem cierpliwych oczekiwań i odkładania jej w czasie była i nagroda, i kara. Nagroda, bo odczekawszy stosowny okres doczekałem się pięknego brzmienia nowo przydanych memu słuchawkowemu wzmacniaczowi lamp 45; kara, bo ostatecznie nie doczekałem się możliwości porównania przedmiotu recenzji z parą najgroźniejszych obecnie dynamicznych konkurentów – Grado GS-1000 i Denonów AH-D5000. (Są jeszcze JVC DX1000, ale na nie nawet nie liczyłem.) Nie nadarzyła się też sposobność porównania ze Staksami, ani wpięcia w jakiś inny system; i wszystko to smutne jest trochę, bo jednak nic nie może zastąpić bezpośredniej konfrontacji i różnorodności systemów, a na to AKG K1000 naprawdę zasługują. Cóż, trudno, na pociechę pozostaje piękne brzmienie nowych lamp. A oprócz 45-tek wzbogaciłem się też o CCa Simens & Halske „grey shield” (stanowiących najszlachetniejszą odmianę ECC88 – wcześniej też miałem takie ale nie „grey”) oraz udało mi się dopasować do tego tandemu GZ-33, które w poprzednich kombinacjach i z innymi słuchawkami mimo bardzo szlachetnego brzmienia zbytnio cięły przestrzeń. Ten zespół, uzupełniany o 350B i ECC83 M8137 Mullarda, pokazał brzmienie moim zdaniem co najmniej intrygujące. Muszę w tym miejscu koniecznie napisać, iż winien jestem ogromną wdzięczność koledze Rochowi, który wspomógł mnie wypożyczeniem końcówki mocy autorstwa StefanaB – Gain Stage II. W kombinacji z ASL Twin-Head jako pre zagrał ów wzmacniacz bardzo ciekawie. Nie mogę jednak wystawić mu oceny, bo z żadnym innym go nie konfrontowałem. System odsłuchowy uzupełniał oczywiście mój Cairn oraz para interkonektów – Tara Labs Air1 i van den Hul First Ultimate. Do porównania stanęły też oczywiście wszystkie moje słuchawki – Ultrasony Edition9 i para Sennheiserów: HD 600 i 650. Skromny to zestaw jak na próbę oceny autentycznej legendy słuchawkowego świata, ale niczym więcej niestety nie dysponuję. Historia Tak się, dziwnie dość, składa, że najwspanialsze precjoza słuchawkowego grania należą dzisiaj do czasów minionych. Lecz z drugiej strony nie powinno to dziwić aż tak bardzo wziąwszy pod uwagę przymioty naszej rzeczywistości, na wskroś przeżartej komercją, dla której zysk stał się niemal wyłącznym wyznacznikiem poczynań. Upada na naszych oczach etos czystej nauki i wyższych wartości, a postęp o wymiarze większym niż bilans kwartalny stał się pustym sloganem. Regres ten nie ominął słuchawkowego światka, któremu patronuje z konieczności trójca książąt minionych – Sennheiser Orfeusz, Sony MDR R-10 i AKG K1000. Ale czy faktycznie najlepsi zawodnicy obecnej doby nie są w stanie dotrzymać im kroku? O dwóch pierwszych nie powiem nic, bo ich nie słyszałem, a o trzecim jest ta recenzja. Wraz z drewnianą skrzynką skrywającą legendarne już, a jeszcze tak niedawno produkowane, AKG K1000 otrzymałem w przesyłce obszerną instrukcję w wielu językach. Oprócz specyfikacji technicznej zawiera ona apologię w postaci obszernego wywodu traktującego o ich wyższości nad wszelaką konkurencją. Wyjaśnia się tam, że założeniem powstania tych słuchawek było osiągnięcie najlepszego możliwego brzmienia jakie technologia słuchawkowa przy jej naturalnych ograniczeniach zapewnić może. Niczego zatem z góry nie wykluczano i przepracowano koncepcyjnie wszystkie możliwe typy przetworników – elektrostatyczne, ortodynamiczne i dynamiczne, decydując się ostatecznie na rozwiązanie nowatorskie. Dlaczego? Bo przetworniki elektrostatyczne posiadają ograniczenia przekazu dołu pasma, a ich AOC (acoustic openness coefficient – czyli współczynnik otwartości akustycznej) jest nie lepszy niż 40-50%. Ortodynamiczne z kolei mają wprawdzie AOC na poziomie 55%, ale wymagałyby zastosowania zbyt ciężkich magnesów NdFe, natomiast AOC dynamicznych kształtuje się na żałosnym poziomie 30% i w dodatku wymagają one specjalnego mechanizmu wzmacniającego ciśnienie niskich częstotliwości, czyli, mówiąc po ludzku, poprawiającego bas. Wszystkie te sprawy, rzecz niezwykle istotna, były rozpatrywane pod kątem zbudowania słuchawek zapewniających słyszenie dwuuszne (binaural) każdego z przetworników; mających zatem konstrukcję otwartą, naśladującą brzmienie głośników i pozwalającą na bardziej naturalną lokalizację źródeł. Kluczową sprawą było w tej sytuacji uzyskanie dużej efektywności w przestrzeni otwartej – dobrego AOC właśnie – i wyeliminowanie rezonansów, a także lekkość nietypowej nagłownej konstrukcji. W odpowiedzi na te wyzwania inżynierowie AKG stworzyli przetwornik o swobodnie wibrującej diafragmie, wyposażony w nowatorski technologicznie VLD (Ventilated Linear Dynamic Magnet System), którego AOC osiągnął niebywałe dotąd 75%. Zastosowana diafragma, jak się dowiadujemy, to ultracienkie i wykonane wielowarstwowo z bardzo wymyślnych składników ustrojstwo, zoptymalizowane na podstawie mnogich prób przy użyciu interferometrii laserowej. Słowem, cacko. Wszystko to razem, a także parę innych rzeczy, o których nie chcę już pisać, złożyć się miało na produkt absolutnie wyjątkowy, bezprecedensowy i arcywspaniały. I nie ma co kryć, się złożyło. Powyższe zabiegi, powzięte przez firmę AKG celem udowodnienia konkurencji, że jest bez szans, nie pozostały bez odzewu ze strony słuchawkowych zapaleńców i producentów słuchawkowych wzmacniaczy. Słuchawki, pomimo pokaźnej ceny (około 3 tysiące złotych), cieszyły się dużym wzięciem, a stworzone pod ich wymogi słuchawkowe wzmacniacze pokazały się bardzo prędko i w sporym wyborze. Sam producent także zaoferował dedykowany wzmacniacz i obiecał wypuszczenie na rynek specjalnego procesora uprzestrzenniającego. Ta obietnica nie została jednak dotrzymana i procesor pozostał w sferze obietnic. Warto może nadmienić, że spośród wzmacniaczy dedykowanych K1000 najsławniejsze stały się Grace Design 901 i jego następca 902, Cary 300SEI, Leben CS600 oraz nade wszystko legendarny Ear Yoshino V20, przedmiot tęsknych westchnień nie dość zamożnych aspirantów. Trzeba też przy tej okazji zaznaczyć, że K1000 to słuchawki nietypowe nie tylko z uwagi na konstrukcję, ale i sposób zasilania. Zwykłe słuchawkowe wzmacniacze w ich przypadku na nic się zdadzą, o czym miałem okazję boleśnie przekonać się na własnej skórze. Choć producent tego nie pisze źródła dobrze poinformowane dawno temu już ustaliły, że siedem watów na kanał to przyzwoite minimum. Uwzględniając ten fakt K1000 mają na stanie specjalną przedłużkę, umożliwiającą podpięcie ich do wyjść głośnikowych każdego normalnego wzmacniacza. Ten jednak, zdaniem firmy AKG, powinien pracować w czystej klasie A. Budowa i ergonomia Dotarłszy do przedłużki kończymy „ochy” i „achy” producenta oraz historyczne odwołania, przechodząc do etapu opisu przez zwykłego użytkownika. Słuchawki otrzymujemy (teraz niestety już tylko od poprzedniego właściciela) zapakowane w proste ale starannie wykonane drewniane pudełko. One same wykonane są także bardzo starannie i z dbałością o ergonomię. Pałąk nagłowny, tak samo jak u Staxa, to skórzana opaska i dwa plastikowe – w tym wypadku czerwone jak nogi bociana – pręty, regulujące automatycznie siłę docisku i położenie przetworników w osi pionowej. Przetworniki te nie mają jednak z założenia żadnego kontaktu z głową, toteż pozbawione są wokółusznych poduszek. Zastępują je inne, umiejscowione na zakończeniach pałąka; wykonane z dobrej skóry i znajdujące punk oparcia w okolicach skroni. Są miękkie i dość spore, a każda jest podwójna na kształt otwartej książki. Jednakże miękkie nie dosyć, a i nie na tyle duże, by można było mówić o pełni ergonomicznego szczęścia. Po pewnym czasie, niezbyt zresztą długim, zaczynają uwierać, a nieprzyjemne uczucie ucisku jak w imadle pozostaje nawet dłuższą chwilę po zdjęciu słuchawek. Nie jest to na szczęście dolegliwość zbyt wielka, ale o wygodzie jak z Omeg czy GS-1000 mowy nie ma. W zamian inna rzecz jest niezwykle przyjemna: uszy pozostają całkowicie otwarte, czego żadne inne słuchawki nie zapewniają, a co daje wspaniałe uczucie swobody i naturalności. W pełni to, moim zdaniem, rekompensuje lekki ucisk na skronie. Mniej zadowoleni będą za to domownicy znajdujący się w naszym pobliżu, skazani na nieuchronne dzielenie z nami muzycznych uniesień. To jednak dotyczy wszystkich słuchawek o konstrukcji otwartej, a pod względem uciążliwości dla otoczenia K1000 nie odbiegają od na przykład GS-1000, które też na zewnątrz są bardzo głośne. Poza czerwonymi prętami reszta jest czarna i jasnopopielata. Ta ostatnia barwa dominuje, gdyż tego koloru są wielkie druciane grille z obu stron osłaniające podłużne, prostokątne przetworniki. Podobno ich usunięcie od strony uszu poprawia dźwięk. (To jedna z wielu krążących o K1000 legend.) Kabel dochodzi do obu muszli. Jest płaski, sztywnawy i o średnicy analogicznej niestety z tą wątpliwą od Sennheiserów, a nie z tą budzącą zaufanie u Staxa. Wieńczy go duży wtyk 4-pinowy, jest zatem symetryczny. Producent zapewnia, że zarówno on jak i dołączona 3-metrowa przedłużka do wyjść głośnikowych, zakończona gołymi drutami, to doskonale zaizolowana miedź bardzo wysokiej jakości. Firma kablarska Stefan Audio Art. bezwstydnie prezentuje jednak opinię odmienną, twierdząc, że izolacja jest do kitu a miedź taka sobie. Ma to powodować znaczne zniekształcenia w zakresie wysokich częstotliwości, zwłaszcza z przedłużką. Ale nie martwcie się nieszczęśni posiadacze, jest na to rada. Wystarczy za trzysta kilkadziesiąt dolarów kupić kabel od Stefana i po kłopocie. Według licznych recenzji jest to niestety prawda. Ten kabel rzeczywiście warto zakupić. Cóż, trzeba będzie. Ogólnie rzecz biorąc słuchawki wyglądają solidnie i nie są podatne na uszkodzenia, a ich noszenie wiąże się z zadowalającą wygodą wspieraną fantastyczną swobodą dla naszych uszu. Problem grzania się w ogóle nie występuje. Mamy za to do czynienia z innym problemem, nieergonomicznej tym razem natury. Otóż można regulować, i to w sporym zakresie, kąt otwarcia muszli względem głowy. Wiąże się to ze znaczną odmiennością dźwięku. Im dalej od głowy, tym większa scena, ale kosztem pogłosów i szczegółów. Moim zdaniem nie warto jednak się łaszczyć na wielkość sceny, bo to zbyt dużo kosztuje. Dylemat wszakże pozostaje. Przy tej frasującej okazji znów natykamy się na dbałość o wykonanie. Kiedy pożądany kąt zostanie już dobrany, przy pomocy dwóch zatrzasków blokujemy muszle w wybranej pozycji. Zatrzaski te są na tyle duże, że można nimi manipulować pozostawiając słuchawki na głowie, co bardzo ułatwia wybór i porównania. W materiałach producenta nie ma natomiast ni słowa o ewentualnej zalecanej pozycji przetworników. Problem ten pozostawiono (dosłownie) na głowie użytkownika. Jedynie na załączonych rysunkach przetworniki zostały umiejscowione bardzo blisko uszu. Ale czy to coś znaczy? Pojęcia nie mam. Według dość powszechnej opinii najlepsza jest pozycja pośrednia. W zbytnim oddaleniu utrata jakości jest zbyt wielka, a przy położeniu bardzo bliskim szczegółowość i dosadność brzmienia stają się nieznośne. Z dumą spieszę donieść, że u mnie żadna „nieznośność” jednak się nie ujawniła. Preferuję tedy położenie bliskie, ale nie bliskie zupełnie, bo temu towarzyszy nadmierna według mnie ilość pogłosów, a i scena na tym cierpi, choć szczerze mówiąc nie za bardzo. I tak docieramy do opisu brzmienia. Brzmienie Wszystko co napisałem do tej pory było bardzo łatwe. No, może ten wybór kąta nachylenia to trudna sprawa, ale reszta – drobiażdżek. Za to brzmienie K1000 to problem nie lada. Powiem otwarcie, nie kupiłem ich by u mnie zostały. Pragnąłem jedynie je przetestować – o, jakże bardzo! – a potem sprzedać. A wszystko za sprawą niemożności pozyskania ich drogą wypożyczenia. Doprawdy, nie wiem dlaczego tak niewielu mają użytkowników. Przecież latami były u nas dostępne, a ich cena w porównaniu z takim Staksem to żaden wielki problem. W dodatku odpada konieczność zakupu specjalnego słuchawkowego wzmacniacza, bo każdy zwyczajny się nada. Mimo to żaden użytkownik poza Peterem Danielem na polskich forach audiofilskich się nie pojawił, a Peter za oceanem… Owszem, miał je czas jakiś nadredaktor Stryjecki, ale podobno lekkomyślnie postradał. Zarazem faktem jest, że przed zakupem Grado RS-1 brałem K1000 pod uwagą, ale RS-1 tak zawróciły mi w głowie, że o K1000 zapomniałem. No i nie było jak porównać. A potem RS-1, które wspominam z wielkim rozrzewnieniem, ustąpiły miejsca Ultrasonom E9, co tylko utwierdzało mnie w przekonaniu, że K1000 nie mogą pod moją strzechą zagościć na stałe. Wszelako w międzyczasie ich pozycja na Head-Fi stale się umacniała. Można to było składać na karb zarzucenia ich produkcji, co zawsze wyzwala emocje u tych, którzy nie zdążyli nabyć, ale taki Nik choćby, a także wielu innych, raportowali o przewagach K1000 nawet nad Orfeuszem i Sony MDR-R10. Te ostatnie Nik odrzucił po konfrontacji właśnie z K1000. A Nik to nie byle kto. Gitarzysta klasyczny, zawodowiec, estradowiec, słowem – wielkie ucho. Także ostatni zlot słuchawkowy za oceanem zaowocował opinią, że najlepiej grającym systemem były K1000 z nowo wyprodukowanym pod ich potrzeby wzmacniaczem autorstwa jednego ze słuchawkowych maniaków. To powinno zapalić w mym mózgu czerwone światło, ale jakoś nie zapaliło. Nie żebym je lekceważył, w żadnym wypadku, ale skoro Stax nie wybił mi z głowy Ultrasonów, to czemu K1000 by miały? Kiedy jednak nadarzyła się okazja zakupu w postaci oferty na naszym dawnym forum, co to się Audiostereo nie wiedzieć czemu nadal nazywa, podczas gdy teraz to jest … A zresztą, nieważne… No więc kupiłem. Kupiłem tym bardziej, że mój Twin-Head ma specjalne osobne wejście dla tych słuchawek, którego widok od początku stanowił wyzwanie. Cztery puste dziurki prosiły, by coś w nie wetknąć. Toteż kiedy nadeszła wreszcie tęsknie wyglądana przesyłka nerwowo zdarłem papier, wydobyłem z pudełka, podpiąłem i… ramiona mi opadły. Cały się powyginałem, jak nowa małżonka Sarkozy’ego, udająca, że nie jest od niego wyższa. Bo też i zagrało to wielce szkaradnie. Dźwięk słaby, mimozowaty, bez tchu, bez życia. Klęska. A bodaj ci się Chińczyku herbata w ocet zmieniła! (Firma ASL niby kanadyjska jest, ale Chińczycy za tym stoją – chiński projekt i chińskie wykonanie, tylko projektant w Kanadzie mieszka i siedziba oficjalna tam się znajduje.) Po kiego licha było w ogóle to wejście dla K1000 instalować, skoro sygnału dla tych słuchawek nijak ten wzmacniacz wygenerować nie potrafi? Czytałem dawno temu odpowiedź ASL-a, że to „do niegłośnego grania”. Czyste zawracanie głowy, a nawet więcej – kompromitacja. Marketingowy chwyt poniżej pasa, ot co. Słuchać by tego można najwyżej za karę. Ale nic, mam zwykły wzmacniacz, tego leciwego Sony F570ES, co to synowi za słuchawkowca służy, więc wpinam. Boże mój złoty, jedyny, miłosierny – co za ulga! jakież wyzwolenie! Jakbyś się z lochu na wiosenne słońce wydobył! Daruję wam opis jak to wtedy zagrało, bo potem zagrało jeszcze o wiele lepiej. Rochu był tak miły, że mi swojego wzmacniacza jako końcówki mocy użyczył, a Twin-Head ograniczony został do roli przedwzmacniacza. Posiada na szczęście taką funkcję uruchamianą jednym ruchem przełącznika. Wielce to użytecznym się okazało, bo nie ma co kryć, taka kombinacja gra o całe niebo lepiej niż sam wzmacniacz Stefana, czy sama integraf Sony. Różnica jest przepastna. Zanim przejdę do ostatecznego opisu brzmienia K1000 powiem jeszcze coś najpierw o obecnym brzmieniu Twin-Heada, byście mieli lepsze rozeznanie. Nowo pozyskane lampy 45 Emission Labs „mesh” przydają mu wyjątkowo głębokiej barwy, wyraźnie głębszej niż stosowane poprzednio takie same 2A3. Muszę w tej sytuacji oddać pełen uszanowania ukłon Ebaenowi Srajanowi, który na tą kolorystykę w swojej recenzji zwrócił uwagę i nazwał ją halucynogenną. Może aż taka to ona nie jest, ale chyba jednak nadnaturalna. Poza tym raczej niewiele się zmieniło. Aha, byłbym zapomniał, jest więcej półcieni i tajemniczości. Takie czary mary. No i lampy GZ-33 „Buggle Boy” rysują bardzo wyraziste kontury dźwięku, znacznie wyrazistsze niż drobinkę przymglone i impresjonistyczne GZ-34 RCA „Big Bottle”. GZ-33 potęgują także spłaszczaną nieco przez GZ-34 dynamikę, ale scenę mają mniejszą i gorszą jej perspektywę. No i tak to wygląda – barwnie, wyraziście, dynamicznie. Twin-Head może nie jest najlepszy na świecie, na pewno nie, ale to zawodowiec: wie jak unikać zagrożeń i potrafi gdzie trzeba uderzyć. A swoją drogą nie słyszałem o żadnym inny wzmacniaczu słuchawkowym na lampach 45 poza Moth’em, którego wykonano sztuk bodajże osiem. A teraz już do rzeczy. A rzecz należy nazwać bez ogródek – AKG K1000 to monstrum. By stawać naprzeciw nich trzeba nie lada odwagi. Dawno temu Grado RS-1 rozwałkowały Sennheisera HD 600, ale tak było ze słabym wzmacniaczem. Na Twin-Head różnica nie była już duża. Potem RS-1 ustąpiły pola Ultrasonom Edition9 i Grado GS-1000. Ale znowu to nie były jakieś gigantyczne przewagi tylko zażarta walka z wyraźnym zwycięzcą. Z kolei konfrontacja pomiędzy GS-1000 a E9 wypadła raczej remisowo i miała charakter w większym stopniu indywidualnych preferencji słuchającego niż obiektywnej przewagi, bo ta rozkładała akcenty po obu stronach. To samo dotyczyło Staxa Omegi II w konfrontacji z E9 i GS-1000. Zawsze coś za coś, każdy dzierżył jakieś atuty w rękach. Tymczasem AKG K1000 stosują znaną z judo technikę ippon – kończą walkę przed czasem rzutem na łopatki. No, może przesadzam, ale w pierwszej chwili tak to właśnie wygląda. Dlaczego wygląda w ten sposób i skąd ta drastyczność? Odpowiedź jest zwięzła: K1000 okazują się zrywać z dźwięku zasłony, których byście się na nim wcale nie spodziewali. Ale to znów nie do końca jest prawdą. Nieraz bowiem słuchając Ultrasonów E9 myślałem sobie, że czegoś im w mierze naturalności nie dostaje, że jest w ich graniu jakiś fałsz; miły bardzo, ujmujący, organiczny i pełen czaru, ale nienaturalny. Zarazem trudno to było nazwać zmiękczeniem, przymgleniem czy ociepleniem, a już w żadnym wypadku utratą informacji. Zawsze zachowywały równowagę tonalną (pomimo basowego akcentu), a ich szczegółowość była godna najwyższych pochwał. I tylko ta „lepkość” wokalu była jakaś nadnaturalna. Przy tym wszystkim dźwięk, jak uważnie sprawdziłem, wypowiadały najdokładniej, a ten chwilami wydawał się nawet za ostry. Zależało to wprawdzie od płyty i kombinacji lamp, ale takie momenty też się zdarzały. W porównaniu z Sennheiserem HD 600, o którym można przeczytać, że jest zbyt dosłowny i męczący, a także w starciach z Grado RS-1 i GS-1000 nigdy nie odczułem utraty naturalności. No, może Grado GS-1000 z kablem fabrycznym grają dźwiękiem bardziej otwartym, ale to nie jest nic istotnego. Górę za to mają za ostrą, słabsze barwy i mniej energii, co niweczy przewagę. Zaznaczyć przy tym należy, że Ultrasony E9 posiadają wyraźną tendencję zyskiwania otwartości brzmieniowej w miarę podgłaśniania. Kiedy grają cicho jest jakby były głęboko pod wodą. Im bardziej zgłośniamy, tym są bliżej powierzchni, by przy dużej głośności całkiem się spod wody wyłonić i radować nas naturalnością brzmienia. Tymczasem czegoś takiego w AKG K1000 zupełnie nie ma. Nie tylko, że znikąd się nie wyłaniają, to jeszcze ich naturalność okazuje się być ze zdecydowanie wyższej półki. W pierwszych sekundach po przejściu efekt jest piorunujący. „Aleśmy mieli kichę!” – powiedzą wam wasze uszy. Piorun ten wszakże dość szybko blaknie: wracając z powrotem na E9 odczuwamy wprawdzie utratę czystości dźwięku, ale zyskujemy w zamian łatwość słuchania. One są milsze dla ucha, bardziej relaksujące. Niemniej nie ma co kryć – AKG K1000 stoją na wyższym poziomie. Gdybym musiał wybierać wahania by nie było – naturalność K1000 stawia je ponad wszystkim co do tej pory słyszałem. Zważyć przy tym należy, że nie słyszałem ich wpiętych w najwyższej klasy końcówkę mocy, a przy całym szacunku dla konstrukcji Stefana nie da się ukryć, że są na świecie lepsze wzmacniacze. Jak z nimi grają K1000 mogę się jedynie domyślać, ale próbować aż strach bierze. Bo jak potem wrócić do siebie? Trzeba jednak będzie. Ciekawość wiedzie wprawdzie do piekieł, lecz trudno się jej oprzeć. A już zwłaszcza audiofilowi. Przyznać muszę, że ta historia z czystością dźwięku bardzo mnie zaskoczyła. Nie tego oczekiwałem – liczyłem przede wszystkim na przestrzeń. Lekcja przestrzenności jakiej Grado GS-1000 udzieliły moim Ultrasonom zapadła mi w pamięć i miałem nadzieję, że wchodząc w posiadanie K1000 za tą porażkę się odegram. Liczyłem tym bardziej, że nietrudno znaleźć opinie głoszące, iż przestrzenność K1000 jest najlepsza na świecie. Nie mogą one dziwić wziąwszy pod uwagę konstrukcję tych słuchawek, zbrojną w wychwalaną przez producenta technologię binaural (aczkolwiek bez obiecywanego procesora), mającą przydawać brzmieniu głośnikowej wręcz naturalności. Jednak rzeczy nie do końca w ten sposób się mają. Owszem scena jest dobra, ale te z GS-1000, Staksa i AKG K701 są lepsze. A już ta z GS-1000 na pewno. Złośliwość rzeczy martwych dochodzi tutaj do głosu. K1000 są binaural, E9 mają S-logic, a GS-1000 nic nie mają i mimo tego ich przestrzeń jest najlepsza. Owszem, prawdą jest, że z całkowicie rozwartymi przetwornikami K1000 mogą stawać w konkury z każdym przeciwnikiem, ale w obliczu utraty jakości brzmienia nie ma to raczej sensu. Być może z odpowiednio potężnym i szlachetnie brzmiącym wzmacniaczem ustawiwszy potężną głośność dałoby się tej utraty uniknąć, ale wówczas hałas dla otoczenia byłby niemiłosierny, całkiem jak z normalnych kolumn. Właśnie postanowiłem przekuć w czyn taką koncepcję. Żona przybiegła z kuchni zobaczyć co się dzieje, a ja ją uspokajam, że tylko testuję. Istotnie, rzecz jest do zrobienia. Pogłosy wprawdzie częściowo się gubią i bas słabnie nieco, ale szczegóły nie znikają więc jak ktoś chce i może, to wielką scenę da się zorganizować. Będą to wówczas prawdziwe głośniki nagłowne a nie słuchawki. Skoro napisałem, że bas słabnie jesteśmy już przy basie, który według powszechnego (z małymi wyjątkami) mniemania stanowi piętę achillesową tych słuchawek. Przyznam, że niczego takiego w nich nie znajduję. Przeciwnie, bas jest fantastyczny. Nie niesie wprawdzie w sobie takiej energii co ten z Ultrasonów, ale jego realizm… Co ja się będę wysilał mając w domu rockowego perkusistę. Zagoniłem syna do porównania. Nie chciał, ale musiał. W końcu pro publico audiophilo bono może czasem poświęcić parę minut swej bezcennej młodości. Poprosiłem by wybrał jakąś płytę z naturalnie brzmiącą perkusją i otrzymałem natychmiast wykład o niemożności odszukania takowej pośród nowych nagrań, bo dźwięk perkusji się teraz przerabia i tak dalej. Ostatecznie stanęło na „Moby Dicku” z „Led Zeppelin II”. Wysłuchawszy tego kultowego dla perkusistów nagrania w obu słuchawkach syn się lekko uśmiechnął. Te w porównaniu – powiedział wskazując na Ultrasony – brzmią jakby ktoś grał na tekturowych pudłach. A wcześniej perkusja na E9 tak mu się podobała… Czy trzeba coś jeszcze dodawać? Chyba najwyżej stare przysłowie: Lepsze jest wrogiem dobrego. Opowieść o dźwięku AKG K1000 można by jeszcze snuć długo, tylko właściwie po co, skoro da się ją ująć jednym zdaniem – grają realistycznie. W ich przypadku słowo to nie jest pustą obietnicą, tylko skrywa magię. Żadnego upiększania, żadnych własnych pomysłów na dźwięk – bezpośredni dotyk żywej muzyki. Jeden warunek – wzmacniacz musi być znakomity i naprawdę mocny. Piętnaście watów na kanał to chyba minimum z marginesem bezpieczeństwa. Jako filozof nie napiszę często spotykanego w recenzjach sloganu: „gra dokładnie to, co umieszczono na płycie”. Takie pisanie to bajki. Nie ma żadnego sposobu weryfikacji takiej opinii. Niemniej AKG K1000 grają niewątpliwie magią realizmu. Po prostu czujesz, że gra prawdziwie. Instrumenty, głosy – wszystko brzmi jak z życia wzięte. Oddychamy czystym powietrzem, pijemy czystą wodę, słońce świeci i wszystko widać wyraźnie. Tak wyraźnie jak nigdy dotąd. Szczegóły ani się gubią, ani pchają, lecz pomimo ich eleganckiego wkomponowania w całość są lepiej wyrażone niż kiedykolwiek. Wokale nie mają aż takiej „lepkości” jak u E9, „lepkie” jednak są, a przy tym brzmią prawdziwiej. Pogłosów masa, a echo zapiera dech. Akustyka pomieszczenia to prawdziwy popis brzmieniowej sztuki. Wszystko inne zresztą też. Duża scena – im szerzej rozewrzeć przetworniki, tym większa – rozpościera się na wysokości oczu słuchacza, co jest rzadkim a jakże pożądanym zjawiskiem. Jedyna wada – tak realistyczna prezentacja bywa czasami męcząca. Z drugiej strony – przypowiastką was poczęstuję. Musiałem odbyć parę dni temu daleką podróż samochodem. Nudę jazdy znaną trasą umilałem sobie jak zwykle muzyką. Żadna to w sumie przyjemność słuchać tych samych płyt co w domu na samochodowych głośnikach, choć te są naprawdę niezłe. Ale w radiu akurat nic godnego uwagi nie było więc puściłem płytę i… z lekka mnie zamurowało. Co jest, myślę sobie, zepsuł się odtwarzacz albo któryś głośnik? Zatrzymałem samochód i słucham. Nie, wszystko w porządku, żadnych zniekształceń. To dlaczego gra tak kiepsko? Chwila zastanowienia i olśnienie. No tak, przywykłem już do brzmienia AKG K1000! W cień te cholery wszystko spychają. Ale E9 da się na szczęście słuchać i to z wielką przyjemnością. Są dla odmiany magiczne z lekka upiększająco, a i ich realizm niewiele temu z K1000 ustępuje. Moment przywyknięcia i jest super. Chwała bogu, bo słuchawki zamknięte użyteczne bywają nadzwyczaj. Na koniec kilka ciekawostek. Krążą opinie, że K1000 różnie grają w zależności od daty produkcji. Podobno wyprodukowano ich przeszło czternaście tysięcy, ale jakoś nikt się nie pochwalił modelem o numerze wyższym niż jedenaście tysięcy z czymś tam. Według znawców im nowszy egzemplarz, tym lepiej. Nik kupił sobie kilkanaście sztuk i tak twierdzi. To się nazywa poważne podejście do sprawy wyboru słuchawek. Moje mają numer 9061 więc jest chyba nieźle. W każdym razie nie narzekam. Inny znawca utrzymuje, że wypuszczono z myślą o rynku amerykańskim serię o lepszym basie. Nie bardzo chce mi się wierzyć, ale dowodem mają być dwie odmienne nazwy typu przetwornika. Może i tak, czort ich wie. O kablu Stefan Audio i zdejmowaniu grilla już opowiadałem. W obiegu jest też opinia o wyjątkowej synergii brzmieniowej z lampami 300B. Może uda się wyprosić odsłuch u maestro Waszczyszyna, by sprawdzić ile w tym prawdy. Mój tuningowiec Darek słuchał z Cary 300SEI i podobno było super więc zapewne tak jest. Powracająca stale opinia o słabym basie musi być pokłosiem używania niedostatecznej jakości wzmacniaczy. Ze słabymi prądowo faktycznie brzmią rachitycznie, a z nie dość dobrymi jakościowo za ostro. Niektórzy ekstremiści używają subwoofera. Czas jakiś temu głośno było o wypuszczeniu przez Harman Kardona (który kupił firmę AKG) następcy. Głosy te jednak umilkły, następca się nie pojawił. A teraz, już rzeczywiście na sam koniec, mała wycieczka ze słuchawkami po płytach. Zaczynamy od rozrywki. Cat Stevens „If you want to sing out, sing out” – z płyty „The Very Best of Cat Stevens” Sennheiser HD 600 Jeszcze nigdy te zacne słuchawki nie grały tak pięknie. Lampy 45 i pozostałe składniki Twin-Heada najwyraźniej bardzo im służą. Brzmienie czyste, naturalne, niemęczące, swobodne. Wszystko jest znakomite i we właściwych proporcjach. Realizm najwyższej próby. Sennheiser HD 650 To ustawienie lampowe 45 plus GZ-33 chyba wszystkich zaczarowało. Przymglone zazwyczaj względem starszego brata HD 650 też grają czysto, a w dodatku uwodzicielsko. Dźwięk o nieco niższej tonacji, ze śladem przyjemnego ocieplenia, zarazem także bardzo realistyczny choć nieco mniej dosadny i prawdziwy. Struny gitary słabiej wyrażone i mniej jest powietrza. Ale i tak brawo! Brawo, brawo i jeszcze raz brawo! Dwaj najtańsi uczestnicy porównania pokazują wielką klasę. Co to jednak znaczy odpowiedni wzmacniacz. Ultrasone Edition9 Słychać więcej. Głos wokalisty w ciekawszy i bardziej złożony sposób w przestrzeni się układa i ma bogatszą fakturę. Rysuje się wyraźnie jego wewnętrzny wymiar, słychać też pogłos pomieszczenia. Brzmienie ma tą właściwą Ultrasonom siłę wsysającą. Trudno doprawdy to należycie wyrazić; ludzki głos staje się jakiś taki powabny, trochę słodkawy, uprzestrzenniony i jakby się „zastanawiał”; jakby nie chciał wybrzmieć za szybko i byle jak. Kiedy się go słucha, aż łaskocze. Gitara brzmi głębiej a jej struny lepiej widać. AKG K1000 Pryska ultrasonowa magia upiększająca, wkracza samo życie. Słychać szum płyty, którego żadne poprzednie słuchawki nie uchwyciły tak wyraźnie. Przestrzeń powiększa się, a gitara nabiera ostrości. Struny stają się metalowe, a głos Cata nabiera chropowatości. To już nie jest nagranie, tylko śpiewa żywy człowiek, z wszystkimi jego ułomnościami i naturalną posturą. Teraz rozrywka w cięższym wydaniu. Skoro syn słuchał, to czemu my byśmy nie mieli? Led Zeppelin „Moby Dick” – z “Led Zeppelin II” Sennheiser HD 600 Pięknie słychać fakturę bębnów i ich wewnętrzną przestrzeń. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że lampy 45 to jednak nie 2A3. Kapitalnie zabrzmiało, po prostu kapitalnie. Co za twardość, jakie skupienie dźwięku! Dlaczego ja zawsze tych 45 nie miałem? A dla HD 600 najwyższy szacunek. Sennheiser HD 650 Oj, rozczarowanie. Za miękko, za misiowato. W tle jakaś niepotrzebna chmura, na wszystkim zbyteczna mgła. Wspaniałe wrażenie z HD 600 się rozpadło. Jaka szkoda. HD 650 tworzą jednak artefakty, nie ma wątpliwości. Ultrasone Edition9 Znowu jak zwykle bogaciej, z większym przepychem. Jest więcej szczegółów, pogłosów, więcej wszystkiego. Ale skupienie i twardość na HD 600 były troszkę lepsze. Z chudszą barwą i odchudzonym otoczeniem, mniejszą też wewnętrzną przestrzennością, ale ciut lepszym samym uderzeniem, bardziej zwięźle wyrażonym, bardziej realistycznym. AKG K1000 A tu jest jeszcze twardziej, jeszcze realistyczniej. Jednocześnie na wierzch wyłażą słabości nagrania w postaci drobnych przesterów. Co robić, takie jest życie. Chcecie życia? Kupcie sobie AKG. Rozrywka symfoniczna, czyli muzyka filmowa. Vangelis, płyta „El Greco”. Sennheiser HD 600 Rozległa przestrzeń, głębokie barwy, zaduma, liryzm. Wypośrodkowany high-end. Może nie olśniewający, niemniej dostojny i budzący respekt. Żadnej przy tym nadmiernej ostrości, uciążliwości; nic z tych rzeczy. Skupione słuchanie pięknej muzyki. Głos Montserrat Caballe niesie się swobodnie i brzmi szlachetnie. Czegóż chcieć więcej? Sennheiser HD 650 Ta muzyka im odpowiada. Potęgują jej mroczność i tajemniczość. Nagranie jest z gatunku ostrzejszych, a to rozprasza ich przymglenie. Dźwięk się pogłębia, gęstnieje. Gdybyż one tak zawsze. Głos Montserrat jest za cieniutkim woalem, ale brzmi upojnie. Ultrasone Edition9 Tutaj woalki nie ma. Ostrość płyty jest odczuwalna. Wnikamy głębiej w nagranie, ale kosztem pewnej uciążliwości. Wysokie tony bardziej dokuczają, czarne chmury kłębiące się na niebie miotają błyskawice. Dobrze pamiętam tą płytę w wykonaniu Staksa Omegii II Mk2. Była łagodna jak na HD 650, ale bardziej przestrzenna i bardziej szczegółowa. Syn się zachwycał, ja także. Ciosy, a tych jest tutaj sporo, E9 wymierzają oczywiście potężniejsze. Na użytek tego akurat krążka lampy prostownicze RCA byłyby Ultrasonom i zapewne także AKG bardziej na rękę. Czy to znaczy, że Sennheisery nie przekazują takiej ilości górnego pasma? Zapewne. AKG K1000 Niespodzianka: jest mniej dokuczliwie niż z Ultrasonami E9. Ani bym pomyślał. Jak też to wszystko się różnie układa, niczego nie można być pewnym. Dominuje otwartość dźwięku, scenę widać na przestrzał. Chmury unoszą się wyżej, perspektywa się poszerza. Pojawia się jakieś złowieszcze światło. Jest bardziej tęsknie niż groźnie. Ponad bezkresną dalą smutek przetacza się z ogromną prędkością. Ujawnia się niemożność zejścia pasma aż tak nisko jak w Ultrasonach, jest jednak najpiękniej. Dźwięk wkracza w nasze uczucia docierając bardzo głęboko, a głos Montserrat niesie się najwspanialej. Jazz, panie dziejaszku. John Coltrane „Say It” z płyty “Ballads”. Sennheiser HD 600 Ostrawo, ale bardzo sympatycznie. Faktura instrumentów na miarę high-endu. Porządna audiofilska robota. Sennheiser HD 650 Dużo łagodniej, aż za bardzo. Zdecydowanie w stronę relaksu. Ale niewątpliwie z klasą. Ultrasone Edition9 Dobre jazzowe nagranie ukazuje natychmiast ich zdecydowaną wyższość. Czarowny realizm: ciepły, barwny, przebogaty, zmuszający do zachłannego słuchania. Fortepian lepszy o klasę a może i dwie. Czy to nie dziwne, że ta płyta w ich wykonaniu jest taka gorąca, a poprzednia była trochę za ostra? AKG K1000 Jesteśmy w klubie. Saksofon jak z życia wzięty. Słychać każde tchnienie. Jest ostrzej a jednak równie uwodzicielsko. Może nawet bardziej, bo bardziej prawdziwie. Arcymistrzowska robota inżynierów AKG w akcji. Epokowe osiągnięcie słuchawkowej sztuki. Na pożegnanie coś poważnego, choć może nie tak do końca. Carl Maria von Weber „Zaproszenie do tańca” z płyty „Vienna” - Fritz Reiner, Chicago Symphony Orchestra, XRCD24. Sennheiser HD 600 Raz jeszcze brawo Sennheiser! Stary, lecz jakże jary. Dobre granie, przyjemne słuchanie, nie ma się do czego przyczepić. Sennheiser HD 650 Łagodniej i wciąż znakomicie. Raczej jasne i rozciągnięte pasmowo płyty XRCD służą flagowcom Sennheisera kompensując ich wady. Ultrasone Edition9 Lepiej pod każdym względem o klasę. Znów dobrze zrealizowana płyta uwypukla przewagi Ultrasonów. Mistrzowski popis i koncentracja przepychu. Ale góra z minimalną ostrością; prosi się o wpięcie lamp RCA. AKG K1000 I znów góra pasma lepsza niż w Ultrasonach. Przy całym jej niezwykłym bogactwie niczym nie drażni. Jak się człowiek weźmie za bezpośrednie porównania, to ciekawe rzeczy się okazują. Jest soczyście, witalnie i przestrzennie. Akustyka sali wyrażona zdecydowanie najlepiej. I znowu magia rzeczywistości. To się już zaczyna stawać nudne, ale wiecie co – nie, kiedy się słucha.
Aby powiększać zdjęcia musisz się zalogować!
|
| aasat
(2000/18/1520) Kraków
WYŚLIJ PW |
2008-07-20 / 18:57
> Powiem otwarcie, nie kupiłem ich by u mnie zostały. Pragnąłem jedynie je przetestować – o, jakże bardzo! – a potem sprzedać.
Dziękujemy za recenzję, rozumiem, że teraz słuchawki zostają i nie zostaną sprzedane :) |
| Rolandsinger
(2054/61/1538)
WYŚLIJ PW |
2008-07-20 / 19:11
Dobra, nie pozostawiająca wątpliwości recenzja.
Niemniej zawsze uważałem, iż filozofia brzmienia AKG celuje w realizm, naturalność, po prostu muzykę taką, jaka w rzeczywistości jest, podczas gdy pozostali gracze rynku słuchawkowego idą w fajerwerki - przestrzenne - GS1000, basowo-dynamiczne - E9, czy uprzyjemniająco-dosładzające - Denon AH-D5000. _____________________________________ Sprzedam okazyjnie zestaw iPod Classic + wszystkie akcesoria http://forum.mp3store.pl/index.php?showtopic=35236 |
| w.luczynski
(780/10/1539) Białystok
WYŚLIJ PW |
2008-07-20 / 19:41
Bardzo dziękujemy za recenzję.
Czy AKG K1000 grają na zewnątrz jeszcze głośniej niż Grado GS-1000 ? WŁ |
| ptx
(525/0/1539)
WYŚLIJ PW |
2008-07-20 / 19:43
świetna,wyczerpująca recenzja...
szkoda ze zabrakło porównania z gs 1k,d5000 te ostatnie także czarują min.wybrzmieniami ,wypełnieniem,słodka barwa i ilością szczegółów. /choć wydaje się to niemożliwe, nie jestem nieomylny/ |
| aasat
(2000/18/1520) Kraków
WYŚLIJ PW |
2008-07-20 / 19:46
>> w.luczynski, 2008-07-20 19:41:59
Czy AKG K1000 grają na zewnątrz jeszcze głośniej niż Grado GS-1000 ? Przeciez napisał Piort, ze mogą robić za głośniki, ze nawet zona "przyleciała z kuchi" przy tescie, ich moc to az 10W wiec na pewno grają głośniej na zewnątrz od gs-1000 |
| jjurek
(1183/50/1468) Puławy
WYŚLIJ PW |
2008-07-20 / 19:53
>Piotr Ryka
Ucieszyłeś mnie tą recenzją. Jest szansa, że hajend trafi pod strzechy:) HD-600 z Gainclonem plus halucynogenna lampka w pre...i jest już High END ( nie taki jak z AKG ale już coś.. ). Czy możesz posłuchać Sennheiserów z Gainclonem bez pre? Jakie wrażenia? Słuchałem tego zestawienia- było fajnie- ale nie było tej magii co z lampy. |
| Piotr Ryka
(4605/63/1540)
WYŚLIJ PW |
2008-07-20 / 20:15
- AKG K1000 oczywiście zostaną póki sił, życia i pieniędzy na ich utrzymanie wystarczy.
- Z całkiem otwartymi przetwornikami grają strasznie głośno, ale w ustawieniu na jakieś trzydzieści stopni, z jakim słucham, kto wie czy nie są cichsze od GS-1000. Nie mam tych ostatnich do porównania więc trudno powiedzieć. Jedne i drugie na pewno są głośne. - Sennheiserów z Gain Stage II posłuchać niestety się nie da, bo on nie ma wyjścia słuchawkowego. |
| jjurek
(1183/50/1468) Puławy
WYŚLIJ PW |
2008-07-20 / 20:24
>> Piotr Ryka
Czyli fragment opisu wrażeń z ostatniej recenzji dotyczy Senheiserów używanych z Twinheadem ? W takim układzie- które recenzowane słuchawki grały z TH a które z GC ? |
| Piotr Ryka
(4605/63/1540)
WYŚLIJ PW |
2008-07-20 / 20:31
W układzie Twin-Head plus Gain Stage grały tylko AKG K1000; pozostałe z samym Twin-Headem. Cairna z T-H łączyła Tara, a T-H z GS van den Hul.
|
| ptx
(525/0/1539)
WYŚLIJ PW |
2008-07-21 / 15:45
Piotr Ryka, 2008-07-20
"Nik choćby, a także wielu innych, raportowali o przewagach K1000 nawet nad Orfeuszem i Sony MDR-R10. Te ostatnie Nik odrzucił po konfrontacji właśnie z K1000. A Nik to nie byle kto. Gitarzysta klasyczny, zawodowiec, estradowiec, słowem – wielkie ucho. Także ostatni zlot słuchawkowy za oceanem zaowocował opinią, że najlepiej grającym systemem były K1000" trzeba jeszcze dodać iż ten właśnie NIK porzucił k1000 dla zestawu AKG K340 +EAR HP-4 :) /choć wydaje się to niemożliwe, nie jestem nieomylny/ |
| aasat
(2000/18/1520) Kraków
WYŚLIJ PW |
2008-07-21 / 15:49
>> ptx, 2008-07-21 15:45:58
Wzmacniacz EAR HP-4 do tanich nie należy, swoją drogą k340 mają w sobie to "coś" co powoduje, że nie mogę się od nich oderwać |
| aasat
(2000/18/1520) Kraków
WYŚLIJ PW |
2008-07-21 / 15:52
tutaj cytat NIK'a z forum head-fi.org
"I had for 3 times the EAR HP-4 amplifier and I have used A LOT of headphones on it (R10, W2002, HD650, Beyer DT880, Grado PS1, RS1, HP-2 and many others...). Now for the first time I'm listening the amp with the AKG K340, oh... guys, this is a tremendous setup, I can't believe to my ears (or to my EAR). I think that the K340 is the best partner for the EAR HP-4 (high output/Sylvania and GE 6sl7). Nik" |
| ptx
(525/0/1539)
WYŚLIJ PW |
2008-07-21 / 16:41
http://cls.audiogon.com/cgi-bin/cls.pl?ampstube&1220796196 /choć wydaje się to niemożliwe, nie jestem nieomylny/ |
| Piotr Ryka
(4605/63/1540)
WYŚLIJ PW |
2008-07-21 / 16:58
Miejmy nadzieję, że Nik ma rację. On zdaje się coś takiego napisał – nie za bardzo już pamiętam – iż Ear z K340 „może dotknąć” Air Tighta z K1000. Zaznaczył chyba przy tym, że Ear powinien być podłączony symetrycznie, chociaż nie bardzo to rozumiem, bo ten wzmacniacz nie ma chyba wejść symetrycznych. W każdym razie Ear z K340 to stosunkowo niedrogie połączenie i świetnie by było, gdyby rzeczywiście grało niebiańsko. Może ktoś się o jego zdobycie pokusi.
|
| Piotr Ryka
(4605/63/1540)
WYŚLIJ PW |
2008-07-21 / 17:50
Muszę coś dopisać w uzupełnieniu testu słuchawek AKG K1000. Rzecz dotyczy tematyki stricte lampowej. Wczorajszy wieczór poświęciłem na porównywanie lamp, a ściślej prostowniczych GZ-33 Amperex „Buggle Boy” z GZ-34 RCA „Big Bottle” oraz małych triod E188CC Mullarda z CCa Simens & Halske „Grey Shield”.
Jest niewątpliwie osobliwą rzeczą, że w przypadku obu tych par zachodzą niemal identyczne relacje. GZ-33 i E188CC grają dźwiękiem ciemniejszym i o głębszej barwie. Wydawać by się więc mogło, że są lepsze. W pierwszych chwilach słuchania rzeczywiście odnosi się takie wrażenie, a kiedy słuchamy muzyki w wykonaniu niewielkiego składu – jednego lub kilku instrumentów albo pojedynczego wokalisty – wówczas bardzo trudno odkryć atuty ich konkurentów. Jedynie E188CC niezależnie od wszystkiego zawsze wydają się trochę za ciemne. Ale kiedy weźmie się w obroty płytę o wielkiej dźwiękowej złożoności na jaw wychodzą inne aspekty. Użyłem wczoraj „Verdi Choruses” XRCD24, gdzie chór i orkiestra podają materiał muzyczny o maksymalnej złożoności i cienia wątpliwości nie ma – lampy GZ-34 RCA i CCa prezentują zdecydowanie wyższy poziom w oddawaniu holografii i relacyjnego bogactwa tak złożonej muzyki. Ich jaśniejszy i mniej nasycony barwą dźwięk jest zarazem o wiele bardziej transparentny, finezyjny i skomplikowany. W pierwszej chwili robi wrażenie jakby za wodnistego i mniej potężnego, a jego bogactwa stajemy się świadomi dopiero po pewnym czasie. Oczywiście, kiedy się już wie czego szukać – o jaką różnicę chodzi – wówczas wyłapanie tego jest niemal natychmiastowe, ale tego się przecież z góry nie wie o ile się gdzieś o tym nie czytało albo od kogoś nie słyszało. Muszę także dopisać coś na obronę naturalności brzmieniowej Ultrasonów Edition9. Otóż jest ona niewątpliwie znacznie wyższa z lampami ECC83 Brimara niż z zastosowanymi w teście ECC83 M1837 Mullarda. Nie dochodzi wprawdzie do zrównania się z AKG K1000, ale dystans ulega niewątpliwie znacznemu zmniejszeniu. Podejrzewam, że dalsza jego minimalizacja nastąpiłaby przy użyciu interkonektu Fadel Reference One. |
| pastwa
(1359/7/1537)
WYŚLIJ PW |
2008-07-21 / 22:45
Kolejno zatem,
Fallow, GS-1000 z kablem od Stefana zakupilem jako nowe, nie wysylalem swoich, skoro w moich padl najprawdopodobniej przetwornik, to dostal bym przekablowane sluchawki grajace tylko lewym glosnikiem, czyli zaden interes, bo tkich bym nastepnie nie mogl wyslac do naprawy do Moon-Audio. Piotra Ryka, Gratuluje zadowolenia z zakupu AKG-1000. Co do Brzmienia GS-1000 z nowym kabelkiem, wstrzymam sie z jakimikolwiek opisami az do momentu odzyskania starych Grado (wyslalem je do Moon-Audio niedawno, zobaczymy co z tego wyjdzie), inaczej nie mialbym do czego porownywac, z pamieci to zbyt ulotne w tym przypadku, a dt 880 nawet w najlepszej swojej formie (bo tak dobrze nigdy nie graly jak teraz) wysiadaja tutaj z audio-autobusu 1-2 przystanki wczesniej. pozdr. |






