| Piotr Ryka
(4605/63/1540)
 WYŚLIJ PW
|
2008-05-20 / 00:29
AKG K701 – uzupełnienie
Po sympatycznej w pisaniu recenzji radosnych Creative Aurvana Live! pora wziąć na warsztat znacznie trudniejszy orzech do zgryzienia: kontrowersyjne a przy tym sławne AKG K701. Ich recenzję swego czasu już popełniłem, toteż do spraw wyglądu, technologii i ergonomii nie będę wracał, powrócę natomiast do brzmienia, bo w nim tkwi klucz problemu. Dzięki życzliwości kolegi Holy’ego otrzymałem na przeszło tydzień do posłuchania będący w jego posiadaniu egzemplarz tychże AKG, przy czym trzeba od razu zaznaczyć, że egzemplarz ów jest różny od fabrycznego, posiada bowiem okablowanie symetryczne na użytek wzmacniacza Audio Dynamic, z którego Holy korzysta na co dzień. Tak więc przewody zostały doprowadzone równolegle do obu muszli (oryginalnie są tylko do lewej i dopiero po pałąku sygnał trafia do prawej - co według znanej firmy kablarskiej Stefan Audio jest przyczyną asynchroniczności), przy czym odcinki wprowadzające pochodzą od kabla fabrycznego, natomiast część wspólna to dostarczony przez twórcę Audio Dynamica – Tomasza Barwińskiego – przewód Habii (bardzo dobrej jakości), zakończony złoconym wtykiem 4-pinowym typu S-VHS. Oczywiście by podpiąć je do Twin-Heada musiałem założyć przejściówkę na dużego jacka.
Trzeba jeszcze dodać, że słuchawki Holy’ego były całkowicie wygrzane (ponad 600 godzin pracy), a podczas ich noszenia nie zauważyłem najmniejszych nawet niedogodności związanych z twardością opaski nagłownej, na co wielu użytkowników narzeka.
Przejdźmy w takim razie do sedna sprawy – Jak one grają?
Wbrew zwyczajowi zacznę od przytoczenia cudzych opinii, bo – po pierwsze – własną kiedyś już wyraziłem, a – po drugie – chciałem abyście mieli na wstępie jakiś punkt zaczepienia w postaci czyichś innych niż moje spostrzeżeń.
Nadredaktor Stryjecki w swym miesięczniku „HI-FI i muzyka” napisał:
„Dość długo się zastanawiałem, czy mam się bawić w opisy, czy uciąć sprawę jednym zdaniem. Ludzie są otyli swoimi oczekiwaniami i przejedzeni wypłatą marzeń w postaci szybkiego samochodu. Zapominają, że można zacząć od nowa z rzeczami, jak ze słońcem z rana.
Weźmy muzykę, większość audiofilskie aparatury ją upiększa, dodaje swoje cechy. AKG K-701 wydają się instrumentem pozbawionym swojego charakteru.
Słuchawki grają tak, jak zapisano na płycie. Są niesłychanie szczegółowe, choć nie tak jasne i dobitne, jak DT-990. Nie mają tak potężnego basiska jak Ultrasone, ale schodzą swobodnie do granicy pasma. W ogóle pasmo jest wyrównane i nie zdziwiłbym się, gdyby na pomiarach wyszła linia prosta od 20 do 20.
Dynamika jest świetna, musimy tylko pamiętać, że potrzebują dość mocnego sygnału i że nie każdy preamp napędzi je jak należy. Kolejna zaleta to przestrzeń, wypełniona, bez luk między instrumentami, pokazana plastycznie. AKG nie mają problemów z ukazaniem niuansów w najbardziej skomplikowanych składach. Jeżeli nagranie będzie wystarczająco dobre, rozpoznamy każdy instrument z osobna, nawet w symfonice.
Do K-1000, które według mnie są najlepszymi słuchawkami, jakie zrobiono kiedykolwiek, jest niebezpiecznie blisko.”
Z kolei redaktor Wojciech Pacuła na swej stronie internetowej poświęconej tematyce audio pisze:
„Model ten, po wycofaniu ze sprzedaży fenomenalnych i absolutnie idiosynkratycznych słuchawek K 1000, jest flagowym produktem firmy AKG (…) jak się okazuje, dla uwolnienia swojego potencjału potrzebują one grać tyle samo co głośniki, czyli 100 i więcej godzin. Naprawdę. A kiedy już się nagrają, wtedy przychodzi magia. (…)K 701 to zupełnie inna bajka, bajka z lepszym zakończeniem, większą ilością królewiczów i królewien, pościgów i całowania. Bajka z happy-endem. W notatkach w tym miejscu, zaraz po pierwszych słowach opisu zanotowałem, że to najlepsze słuchawki dynamiczne, jakie do tej pory słyszałem, lepsze nawet od moich absolutnych faworytów (które jednak wcale na tym nie tracą), flagowców Ultrasone (chodzi o model PROline 2500). A najważniejsze w charakterystyce K 701 jest to, że są ogromnie, wręcz obrzydliwie przyjemne w słuchaniu. (…) Z ich dźwięku wyeliminowano wszelkie podbarwienia, wyostrzenia i rozjaśnienia góry, które w jakimś stopniu powodują, że K 271 w pierwszej chwili wydają się bardziej szczegółowe, a które przez to szybciej męczą. W K 701 uzyskano niesamowitą plastykę. Głos Diany Krall gościnnie występującej na płycie Anthony Wilson Nonet "Power of Nine" był ze swoim ciepłym tembrem na wyciągnięcie ręki. Na kolana powala też dynamika słuchawek. Nie chodzi o to, jak głośno potrafią grać bez kompresji, po pod tym względem zarówno Ultrasone, jak i studyjne AKG radzą nieco sobie lepiej, ale o to, że w ich dźwięku jest niesamowita głębia, oddech między instrumentami, niezależnie czy grają one głośno czy tylko szemrzą - efekt sprawiający, że kiedy wchodzi np. gitara elektryczna niemal czujemy uderzenie w strunę, jej fizyczność, która jest tuż, tuż. W porównaniu z AKG Ultrasone brzmią szybciej i bardziej dobitnie, pokazują mocniej zaznaczone krawędzie. Nie mają jednak tej plastyki, tej zdolności separacji instrumentów nie tylko fazą ataku, krawędzią, ale także obłościami, podtrzymaniem, drobnymi różnicami w barwie. W porównaniu ze STAX-ami Omega II słychać, że owa szybkość i bezkompromisowość niemieckich Ultrasone PROLine 2500 wynika z lekkiego wyciągnięcia, wyfrezowania części średnicy. Nie jest to złe samo w sobie, ale jest pewnym działaniem na dźwięku, które raz się sprawdza, a raz nie. AKG z kolei zakres ten minimalnie cofa. Słychać to dobrze jako ogólne przyciemnienie dźwięku, przywołujące na myśl Sennheisery HD650. Kiedy Krall nabiera powietrza Ultrasone pokazują to mocno, naturalnie, podczas kiedy AKG nieco przyciemniają ten moment, cofają, pokazując mocniej niższą średnicę. To jednak drobne odstępstwo, które w jakiś sposób przekłada się na lepszą ogólną równowagę tonalną. Jakoś jest tak, że płaska charakterystyka słuchawek to murowany ból głowy. To dlatego nigdy nie lubiłem HD600 Sennheisera, a tak przypadł mi do gustu nowszy model HD650. K 701 są zresztą i tak lepsze. W każdym razie zdolność słuchawek AKG do oddania subtelnych niuansów fortepianu i kontrabasu na płycie "Momentum" Akiko Grace (JRoom/Columbia, COCB-53547, CD) oraz genialny, niski, mięsisty bas z utworu "Root Beer" z płyty "American Beauty" (Dreamworks 50233-2, CD) były fenomenalne. Ze słuchawek dynamicznych jedynie Ultrasone potrafią przy tym ostatnim nagraniu zejść nieco niżej. K 701 wymagają dobrego wzmacniacza słuchawkowego. Najlepiej lampowego. Wypróbowałem je z kilkunastoma modelami, w tym z bardzo przecież dobrym i drogim wzmacniaczem Perreaux SXH1 i zawsze lepiej grały z dobrą lampą. Najlepszym partnerem okazał się wzmacniacz Lebena CS-300, jednak przy cenie 10 000 zł raczej o to nietrudno... W każdym razie, AKG K 701 to fenomenalne słuchawki, które wygodnie się nosi i można ich słuchać bardzo długo bez zmęczenia. Zostają więc w Redakcji jako słuchawki odniesienia (obok już wiekowych Beyerów i nowszych Ultrasone).”
Dużo tego przytoczyłem, właściwie wszystko, co ci autorzy mieli o AKG 701 do powiedzenia, ale skoro chce się dokonać ostatecznego rozbioru, nie można być gołosłownym.
A co ja o tych opiniach sądzę? O tej Stryjeckiego powiem tak: Cóż, nie wydaje mi się byśmy byli „otyli” od swych oczekiwań, już prędzej wychudzeni wiecznym ich niespełnieniem. Bo Polska to taki kraj, co obietnic zwykł nie spełniać. Nie odebrałem też nigdy wypłaty w postaci szybkiego samochodu i najpewniej nie odbiorę. Słuchałem za to trzykrotnie AKG 701 i nie sądzę by były wyjątkowo szczegółowe. Od flagowych modeli Grado, Staxa i Ultrasone trochę pod tym względem odstają, nieznacznie ale jednak. Nie jest to wszakże pokaźną wadą, choć trudno zarazem mieć to za zaletę. Pewna ilość mikroinformacji ucieka, nie do końca wszystko zostaje wypowiedziane, ale bez bezpośrednich porównań tego nie znać, toteż da się sprawę przeboleć. Pasmo też nie przebiega liniowo od 20 do 20, gdyż jak widać z wykresów na 16 tysiącach się załamuje. Załamuje najwcześniej i najgłębiej spośród wszystkich słuchawek, o których można powiedzieć, że są wybitne. Dolny skraj wcale przy tym nie schodzi swobodnie do granicy słyszalności, albowiem jeśli aż tam dociera, to dokąd schodzą Ultrasone E9 albo Grado GS-1000 z kablem Black Dragon? Do jakiegoś basowego podziemia, czy poza zakres percepcji? Ale jeżeli tak, to dlaczego słychać, że potrafią od AKG zejść niżej? Co do reszty zgoda, jednak z pewnymi zastrzeżeniami.
Przestrzeń faktycznie jest znakomita, a separacja instrumentów wyborna, wszakże w moim odczuciu zaznacza się w tym wszystkim pewien brak ogólnej synchronizacji. Być może to tylko kwestia przyzwyczajenia, a może jedynie mój punkt widzenia, niemniej odniosłem wrażenie, że każdy instrument i każdy plan są jakby odrębne, a ich poskładanie w muzyczną całość wymaga pewnego wysiłku, czego o E9 albo Omegach II powiedzieć nie sposób, bo tam wszystko ukazuje się pod postacią klarownej i koherentnej całości.
Dynamika rzeczywiście jest bardzo dobra, ale do świetnych bym jej nie zaliczył: Ultrasony czy Grado potrafią grać energiczniej; z werwą, której 701-kom nie przyda nawet najpotężniejszy wzmacniacz. Tak jak w przypadku szczegółowości dystans jest znikomy, niemniej się zaznacza, toteż peany można sobie darować, wystarczy pochwalić. O plastyczności napiszę później.
Odnośnie recenzji p. Pacuły muszę powiedzieć na wstępie, że gdzieś w przestrzeni kulturowej zawisło opatrzne rozumienie słowa idiosynkrazja, jako że redaktor Rachwald też użył go niepoprawnie. - Idiosynkrazja to wrodzony wstręt lub uczulenie, zarówno w sensie psychicznym jak i medycznym, toteż pisanie, że AKG K1000 „są idiosynkratyczne” wydaje mi się całkiem nie na miejscu. Jakiż to wstręt i u kogo miałyby wywoływać, jaką alergię? Chyba jedynie u innych producentów słuchawek, ale zdaje się, że nie o to p. Pacule chodziło. Domyślam się, iż szło raczej o coś w rodzaju bardzo popularnego i powszechnie nadużywanego słowa „kultowe”, które akurat do K1000 rzeczywiście pasuje jak ulał.
Zostawmy ten drażliwy temat – każdy ma prawo do błędu i ja też nie jestem w kwestiach językowych żadną wyrocznią. Słowo idiosynkrazja znam przypadkowo z Gombrowicza, który darzył nią, jak twierdził, pospolitych chamów, uważając, że między nim a nimi jest większa różnica niż między nimi a zwierzętami.
Wracając do słuchawek. Nie wiem jakich modeli dynamicznych p. Pacuła słuchał przed napisaniem recenzji, ale ja na pewno słyszałem kilka lepszych od AKG 701: Ultrasone E9, Grado GS-1000 czy RS-1. Pod wieloma względami lepsza była także Audio-Technica ATH W-5000. Z kolei Sennheisery HD 600 i 650 oraz Bayerdynamiki DT-880 i 990PRO to produkty równorzędne.
Czy wzmiankowana przez p. Pacułę „płaskość” wykresu częstotliwości sławnych Sennheiser HD 600 faktycznie przekłada się na ból głowy, od którego AKG 701 nas uwalniają? Linia „frequency responce” AKG istotnie przebiega nieco wyżej i w zakresie górnych częstotliwości podlega większym fluktuacjom, co wskazywałoby na ich przewagę, ale ja mimo to HD 600 wolę, a z dobrym wzmacniaczem wydają mi się ciekawsze. Głowa nigdy przy tym od nich mnie nie bolała, a były moimi nadwornymi słuchawkami przez ładnych parę lat. Gdyby kierować się wykresami Grado GS-1000 powinny być z kolei od K701 znacznie ciekawsze. I tu z wykresem się zgodzę, według mnie faktycznie są, a możliwości realizacyjne mają sporo większe. Jednocześnie wyjątkowo płaski wykres Ultrasonów Edition9 zupełnie nie przekłada się na ból głowy i nudę. Podobnie ma się sprawa w przypadku AKG K1000, których wykres – jeżeli wierzyć temu dołączonemu przez producenta do materiałów technicznych – jest najbardziej liniowy spośród wszystkich.
Obaj cytowani recenzenci jednobrzmiąco wychwalają niezwykłą przestrzenności i plastyczności dźwięku 701-nek. Czy sam odniosłem podobne wrażenie? I tak, i nie. Niewątpliwie mają one swój urok; urok niemały. Na rzeczywiście wyjątkowo obszernej scenie wszystko jest poustawiane bardzo starannie, lecz jakby nawet nazbyt starannie, co przywodzi na myśl duży pokój hotelowy, w którym nikt stale nie mieszka i który urządzono tak, aby łatwo było się po nim poruszać. W efekcie każdy dźwięk pracuje trochę z osobna, jak gdyby nie chciał nikomu wchodzić w drogę, przez co nie zazębiania się z innymi i nieskory jest do budowania całościowego spektaklu, choć całość ma niewątpliwie brzmieniową głębię i sporą masę. Całkiem jednak możliwe, że to jedynie kwestia przyzwyczajenia i osoby z tymi słuchawkami zżyte nie miewają podobnych odczuć.
Natomiast co do plastyczności samej, to mam uczucia mieszane. Brzmienie niewątpliwie jest eleganckie, przestrzenne i ma własną specyfikę, na której obliczu maluje się daleko posunięty realizm. Tonacyjna trafność jest bardzo dobra, a spokojny charakter, łagodny wdzięk i pozbawiona agresji prezentacja przekładają się na całkiem okazałą dawkę realizmu. A jednak czegoś stale brakuje, coś nie znajduje drogi do słuchacza. Wydaje mi się, że jest to wiele drobnych rzeczy; zarówno te zagubione mikrodetale, jak i obcięte skraje pasma, czy wreszcie energia dźwięku, której z łagodnością pogodzić przecież nie sposób. Wszystkie te braki są nieznaczne, ale składają się w sumie na fakt, że inne słuchawki czarują znacznie bardziej, w każdym razie mnie.
Brzmienie jest chłodne. Można wprawdzie dobrać w Twin-Head lampy czyniące je całkiem ciepłym i zmysłowym, ale ogólnie rzecz biorąc jest chłodniej niż w innych wybitnych słuchawkach. Czy to faktycznie oznacza, że AKG niczego od siebie nie dodają? Moim zdaniem – nie. Żywa muzyka jest cieplejsza niż one chcą i bardziej energiczna. Dlatego trzeba je solidnie akcelerować, by zechciały się ożywić i zaprosić nas na prawdziwy muzyczny spektakl. Mają jednak z natury gęste barwy i pod tym względem nie czuje się niedosytu. Mają też bardzo dobrą, więcej – znakomitą – rozdzielczość basu oraz lekko cofniętą a w zamian bogatą przestrzennie i subtelną brzmieniowo górę, co od razu przywołuje wspomnienie Staxa Omegi. A skoro Omegę mamy już przywołaną, trzeba też od razu powiedzieć, że AKG 701 są w dużej mierze ich dynamicznym odpowiednikiem, zubożonym jednak o właściwą Staksom holografię i pewną dawkę finezji oraz szczegółów. Na ich wybitnej obszarowo scenie nie rozgrywa się jedyny w swoim rodzaju spektakl budowania fenomenalnych dalekich planów, którym Stax tak zachwyca. Na pokazowej płycie autorstwa Staksa, nagranej systemem sztucznej głowy, AKG dostały niemiłosierne lanie, nie mniejsze niż wszyscy inni. Właściwa flagowym elektrostatom magia przestrzenności ledwie się u nich zarysowała.
Wszystko to nie jest wszakże największą ich ułomnością – jest nią pewien dystans do prezentowanej muzyki. Być może inni nie odnoszą takiego wrażenia, ale ja, a już zwłaszcza zaraz po przejściu z własnych Ultrasonów, każdorazowo odczuwałem jakby wyrzucono mnie poza ramy spektaklu. Z ciepłymi lampami wrażenie to było znacznie słabsze, niemniej, nazwijmy to – poryw – AKG K701 mają umiarkowany. To oczywiście może się także podobać, nie każdy przecież chce być pośród muzyków i o krok od piosenkarza. Nie każdy słuchając chce szaleć. Niektórzy wolą pozycję widza i dystans w miejsce egzaltacji. I to są słuchawki dla nich.
Kolejnym niedostatkiem, znów jedynie względem najwybitniejszych konkurentów, jest brak tego czegoś, co można nazywać wypowiedzeniem dźwięku do końca, a co przekłada się na pewną jego lepkość, niesamowicie przyjemną, wpychającą nas w czar. Dopiero tak zaprezentowane wokale mają bowiem zmysłowy powab, powołujący do życia kobiety pachnące perfumami, przyobleczone w ciepło swych ciał i otoczone aurą autentyzmu; z kibicią, fałdami sukien i obłokami pełnego słodyczy oddechu. Kobiety bliskie, namacalne, choć zarazem nieosiągalne, sprawione samym czarem zapisanego na płycie głosu. Takich kobiet AKG 701 nam nie wyczarują, a potrafią to na przykład Grado RS-1.
Tak więc plastyczność i powab 701-nek ogranicza się do przestrzenności samego dźwięku, którego zbyt chłodny i powściągliwy charakter utrudnia wejście z nimi w żywy spektakl. Jest to wprawdzie możliwe, ale wymaga wysiłku i długiego osłuchania. Jednakże trzeba zarazem pamiętać, iż sporo spośród ich użytkowników nie sygnalizuje tego rodzaju problemów, przeciwnie, są nimi urzeczeni, toteż zapewne w grę wchodzą tu indywidualne preferencje, które akurat w moim przypadku działają na niekorzyść.
Stary i nowy flagowiec
Tak się osobliwie złożyło, że w trakcie pisania tej recenzji otrzymałem przesyłkę ze słuchawkowym skarbem, który ktoś nieopatrznie lub przymuszony życiowymi okolicznościami z rąk wypuścił – drewnianą skrzyneczkę zawierającą legendarne AKG K1000. Stało się to niestety już po odesłaniu 701-nek, ale na tyle wcześnie, by móc całkiem sensownie te wyroby porównać.
Jak stary i nowy flagowiec jednej z najzacniejszych słuchawkowych firm względem siebie się mają? Na to dość trudne i złożone w swej naturze pytanie znam prostą odpowiedź. Brzmi ona: kiedy słucha się AKG 701 cały czas myślimy, by dać już temu spokój i założyć Ultrasony E9. Ale kiedy pod ręką znajdują się także K1000, wówczas mając na głowie E9 myślimy, by sięgnąć po nie. Sygnatury dźwięku starych i nowych AKG są przy tym bardzo zbliżone, ale możliwości realizacyjne i magia w przypadku każdych z nich pochodzą z całkiem innej sfery jakościowej audiofilizmu. K701 to „zaledwie” słuchawki znakomite; K1000 to słuchawki fenomenalne. Nie będę tego dalej rozwijał, musicie zaczekać na recenzję K1000.
Podsumowanie
AKG K701 to słuchawki wybitne, za najściślejszą elitą lokujące się jedynie o jakieś pół kroku, niemniej od swego sławnego poprzednika i innych bonzów słuchawkowego świata słabsze. Oferują dźwięk wyważony i spójny, rozległą scenę i eleganckie krawędzie pasma, lecz brak im zdolności do kreowania porywających spektakli i ostatecznej finezji. Nie mają też żadnej cechy, którą górowałyby nad całą konkurencją, czyniącej z nich produkt jedyny w swoim rodzaju. Ich duża scena nie jest tak wielka i oszałamiająca jak ta z Grado GS-1000 ani tak perfekcyjnie rozplanowana jak u Staxa Omegi, a szczegółowość, energia, rozciągnięcie pasma i precyzja wysławiania ustępują tej z Ultrasonów Edition9. Także poczytywanemu za ich największą zaletę tonacyjnemu realizmowi wiele niestety brakuje względem legendarnego poprzednika.
|