| Piotr Ryka
(4605/63/1540)
 WYŚLIJ PW
|
2008-04-11 / 23:45
STAX Omega II Mk2, czyli lampowy driver unit SRM-007tII i „głośniki nauszne” SR-007Mk2
To już trzecie moje spotkanie z najwyższym w staxowej hierarchii systemem Omega; tym razem dwutygodniowy miting z najnowszym jego wcieleniem o kryptonimie Mk2.
Za umożliwienie go winienem wyrazy wdzięczności panu Sebastianowi, właścicielowi Grobel Audio i w jednej osobie dystrybutorowi Staxa na Polskę, oraz naszemu nieocenionemu koledze Wiktorowi, który rzecz całą zaaranżował.
Cóż, dwa tygodnie słuchania to już nie przelotna znajomość, lecz całościowa próba oceny. Jedynym w tym względzie zastrzeżeniem może być fakt, że przed przyjazdem do mnie system miał na liczniku około 100 godzin grania, a podczas moich odsłuchów i pracy na sucho zyskał kolejne 150. Nie można zatem powiedzieć, iż został ostatecznie wygrzany. Muszę też zaznaczyć, że nie miałem możliwości słuchania go z innym napędem niż własny Cairn, a za interkonekty posłużyły kosztujący osiemset kilkadziesiąt złotych Wireworld oraz trzykrotnie droższy Acrolink, a więc nie jakieś topowe konstrukcje. Także kablem zasilającym był jedynie mój skromny Istotek Standard, a jak utrzymuje Wiktor, stały użytkownik, na okablowanie Stax jest niebywale wrażliwy. Istotnie, z każdym kablem zagrał odmiennie. Na Wireworldzie zdecydowanie zbyt zimno, co było nawet dość interesujące w wymiarze instrumentalnym, ale dla ludzkich głosów miało zabójczy charakter, a na lepszym Acrolinku cieplej i bardziej elegancko, co uczyniło wokalizę znamiennie lepszą.
Poczyniwszy te zastrzeżenia zacznę tradycyjnie od budowy. W stosunku do wersji poprzednich, czyli modeli 2006 i 2007, zmiany w wyglądzie są kosmetyczne. Najwidoczniejsza jest kolorystyka. Słuchawki nie są złotobrązowe (jak wersja 2006), ani złocisto-czarne (jak wersja 2007) tylko całe czarne, a wzmacniacz miast złotego srebrny albo czarny. Kształt ani nauszników, ani wzmacniacza się nie zmienił. Może w tym drugim wypadku trochę szkoda. Wolałbym aby bok i front zamieniono miejscami, bo głębokość 42 cm jest nadwymiarowa i uniemożliwia postawienie wprost na wielu nie dość pleczystych odtwarzaczach, a powiększona o zaledwie jeden centymetr stanowiłaby przecież pełnowymiarową szerokość klocka audio. Kształtu samych słuchawek absolutnie natomiast zmieniać nie należy, bo jest perfekcyjny. Odrobinę pogrubione otuliny wokółuszne, obszyte elegancką, matową skórą układają się bez zarzutu, a pałąk nagłowny – dwa plastikowe pręty pod którymi umieszczono szeroką skórzano-welurową opaskę – lepszy być już po prostu chyba nie może. Wyważenie nacisku jest idealne. Dzięki temu w rękach dość ciężkie staxowskie „głośniki nauszne”, jak głosi oficjalna nazwa, po założeniu prawie nic nie ważą. Słuchać w całkowitym komforcie można bardzo długie godziny. Składa się też na to w wielkiej mierze otwartość elektrostatycznej konstrukcji. Ażurowy plaster miotu podtrzymuje i napędza mikronowej cienkości membranę, powodując, że dźwięk z pełną swobodą uchodzi na zewnątrz. Dzięki temu da się też słuchać naprawdę głośno bez uczucia zmęczenia. Najgłośniej ze wszystkich znanych mi słuchawek. W dawnym kształcie pozostał też kabel, mający postać szerokiej taśmy. Moim zdaniem udany, bo niepodatny na uszkodzenia, no i przede wszystkim symetryczny, a to brzmi nader nobilitującą. Iluż użytkowników słuchawek dynamicznych marzy o symetrycznym ich okablowaniu, a tu proszę, od razu jest.
Do wzmacniacza SRM-007tII, którego konstrukcja wewnętrzna jest, tak samo jak kabel, całkowicie symetryczna, można podłączyć trzy źródła, w tym jedno właśnie symetrycznie. Za ich przełączanie odpowiadają misterne, podświetlane u góry zielonymi diodami guziczki na przednim panelu. I tu pewna uwaga. Ilekroć odłączamy zasilanie przyciskiem „POWER”, system powraca do pozycji „1” (niesymetrycznej). To nieco irytujące, bo każdorazowo wymaga ponownego wyboru właściwego źródła o ile nie jest ono akurat podpięte do „jedynki”.
Na przednim panelu znajdujemy też dwa niezależne gniazda słuchawek (earspeakerów), ale nie ma już możliwości użycia dawnych modeli o innym napięciu zasilającym, bo oba są „pro only”, czyli nowego typu. Może szkoda. Poprzednie wersje wzmacniacza dla nowych Omeg miały osobne gniazdo z przeznaczeniem dla starszych wersji earspeakerów. Można było dzięki temu rozkoszować się porównaniami. No i jest wreszcie wielki, bardzo precyzyjny potencjometr. Nie wychodzi on jednak naprzeciw oczekiwaniom leni i sybarytów, i nie posiada silniczka. Kręcić trzeba ręką a nie z pilota, którego nie ma.
We wnętrzu wzmacniacza pracują 4 lampy 6FQ7/6CG7 Electro-Harmonixa, które zapewne warto wymienić na najlepsze obecnie dostępne NOS-y „Clear top” RCA, kosztujące około 40 dolarów za sztukę, czyli bardzo umiarkowanie.
Całość wykonano z najwyższą starannością. Gwarancja obejmuje dwa lata. Cena kompletu słuchawki plus driver to około 16 tysięcy złotych, do małej negocjacji. Po ogromnym zawodzie, jaki sprawił Sennheiser nie prezentując nowej konstrukcji elektrostatycznej są to jedyne tego typu słuchawki z najwyższej półki w obecnej produkcji.
Odsłuch
Nie czytałem swej poprzedniej recenzji, ale nie musiałem, bo spotkania z takim słuchawkowym możnowładcą jak Stax Omega zapadają na trwałe w pamięć. Pamiętam zatem, że napisałem w niej, iż Stax wspaniale wszystko uprzestrzennia i że gra słodko oraz relaksująco. Co więcej, doskonale pamiętam samo brzmienie. Trochę mnie więc zaskoczyło, że przez pierwszy tydzień miałem pewne trudności z odszukaniem tego uprzestrzennienia. Ale przyszło i to z całą mocą. Nic nowego zatem nie powiem – przestrzenność, bardzo przy tym specyficzna, jest bez wątpienia herbem brzmieniowym Omeg.
A cóż to za specyficzność? – spytacie. Otóż właśnie, przecież Grado GS-1000 czy AKG 701 też wyróżnia wspaniała przestrzenność. No – fakt – wyróżnia, ale ta Staxa jest innego rodzaju. Jego przestrzeń nie uwodzi wielkością obszaru, choć ten jest rzeczywiście bardzo rozległy, aczkolwiek nie aż taki jak w Grado GS-1000. Magia Staxa to holografia. Dźwięk jest autentycznie trójwymiarowy. Zupełnie jakby na dźwiękowej karcie komputerowej uruchomić efekt „hall”. Całkiem serio zacząłem się nawet zastanawiać, czy aby inżynierowie Staxa cichaczem czegoś takiego nie zaimplementowali, bo na moim stareńkim Staxsie takiego efektu na pewno nie było. Ale wówczas byłby on przecież słyszalny od razu, a nie dopiero po tygodniu, choć z drugiej strony od razu też jednak trochę go było. Wszelako gdyby taka okoliczność istotnie zachodziła, wówczas pozbawione sztucznego uprzestrzennienia niefirmowe wzmacniacze, jak najnowszy, referencyjny RudiStor Coriolan, czy renomowany SinglePower ES-1 nie mogłyby się cieszyć sławą znacząco lepszych od firmowego. Tak więc to jedynie kwestia budowy samych earspikerów. A efekt, wierzcie mi, jest powalający. Kiedy się na przykład słucha orkiestry, to jakby grała w katedrze albo skalnej grocie. Głębia sceny nie ma sobie równych, a trójwymiarowość jest zjawiskiem dominującym i wartością samoistną. Słuchamy przy tym z pewnego oddalenia, jak na prawdziwym koncercie, w magicznym królestwie Staxa-czarodzieja, który każdą płytę przeistacza w przestrzenny show. Od razu dodam, że dokładnie każdą, bo nie dość, że każdą uprzestrzennia, to jeszcze nawet najnieznośniejszą uczyni lekkostrawną. To efekt wyraźnego złagodzenia górnych rejestrów. Okazują się bardzo spokojne, lekko cofnięte i oczywiście uprzestrzennione. Nie sypią iskrami ani nie kłują, a sybilanty są nie do pomyślenia. Czasami jednak tego iskrzenia trochę im brakuje. Zarazem są te staxowskie soprany wyjątkowej urody. Dłuższą chwilę spędziłem porównując je z ultrasonowymi na płycie XRCD24 Verdi „Choruses”. Dźwięk fanfar marszu tryumfalnego Radamesa był na Ultrasonach dosadny i świdrujący; Stax czynił go znacznie łagodniejszym i bardziej plastycznym. Trudno doprawdy orzec, co lepsze. Dosadność Ultrasonów jest z pewnością bliższa realizmowi, z kolei elegancja Staxa na pewno łatwiejsza w odbiorze i jakaś taka uwodzicielska. Słowem, co kto woli.
Wracając do przestrzenności. Postanowiłem głębiej zbadać sprawę i zaaplikowałem systemowi płytę ze ścieżką dźwiękową filmu „Pulp Fiction”. Płytę, tak nawiasem, właśnie z gatunku tych najwredniejszych, której na Audio-Technice ATH W-5000 w ogóle nie dało się słuchać. Stax oczywiście nie miał z nią najmniejszych problemów, podobnie jak mój system. Do rzeczy jednak. Zaczyna się płyta owa od sceny mówionej, kiedy to Pumpkin i Jolanda postanawiają „zrobić” klientów restauracji; wskakują na stół i ryczą, że to napad, a Jolanda „Honey Bunny” ze swadą przechodzącą w furię tłumaczy wszystkim „matkojebcom”, co zrobi tym, którzy się natychmiast nie zamkną. I kiedy tak sobie wrzeszczą wymachując pistoletami słychać w tle odgłosy restauracyjnej sali. W porównaniu z moim systemem są one dużo dalej ulokowane, wyraźniejsze, głośniejsze i pięknie rozpostarte przestrzennie. Nic, tylko holografia, bo jak to inaczej nazwać? Powiecie: – E tam, po prostu lepsze słuchawki niż twoje. Ale nie, nie takie to proste. Bo trzecią ścieżką na płycie jest rozmowa głównych bohaterów - Vincenta Vegi i Julesa Winnfielda - o hamburgerach w Europie i marihuanie w Holandii. Nieistotne, ważne, że ta rozmowa na Ultrasonach Edition9 jest wyraźniejsza i brzmi naturalniej, podobnie zresztą jak wrzaski Pumpkina i Jolandy. Zatem na Staxsie tylko dalsze plany dźwiękowe są głośniejsze i bardziej czytelne, a plan pierwszy jest gorszy. Mniej czytelne, jak zauważyłem, są też dźwięki pojawiające się daleko po bokach, jakby w miarę oddalania się od środka sceny ostrość się rozmywała. Gorsza jest też lokalizacja źródeł, które w atmosferze ogólnego uprzestrzenniania nieco się rozmazują. Za to głębia ostrości i trójwymiarowość samego dźwięku są niezrównane. Tak więc Stax patrzy w dal i widzi ją piękną, naturalnie przestrzenną i niespotykanie wyraźną. To jego największy atut.
Muszę teraz złożyć samokrytykę. Relacjonując spotkanie z Wiktorem napisałem, że Stax nie dba o szczegół. Że skupia się na wykonawcy, czyniąc muzykę gorącą i płomienną. Także w poprzedniej recenzji napisałem, że szczegóły są pochowane w muzyce i pozbawione nadmiernej ekspozycji, a brzmienie jest złociste jak same słuchawki. Na moje usprawiedliwienie sądy te wydałem o Omegach II bez sygnaturki Mk2, których teraz słucham. A te takie nie są. Szczegóły łapią jak posokowiec trop i niczego przy tym nie ocieplają. Oto signum nowości w ofercie Staxa. Brzmienie wprawdzie nadal jest bardzo spójne, ale już nie gorące i nie złote. - Mój system na pewno gra cieplej. Nowe brzmienie jest też, niestety, nieco zbyt ciemne. To zarzut, który pojawił się już na Head-Fi w odniesieniu do wcześniejszych modeli Omeg, ale ja poprzednio absolutnie niczego takiego nie odnotowałem. Zresztą, na Head-Fi opinie w tej sprawie też były podzielone. Niektórzy sugerowali nawet, że wersja amerykańska, 110-voltowa, gra ciemniej od europejskiej.
Mniejsza o to, tak czy inaczej SR-007Mk2 grają zbyt ciemno. Może to i nawet podnosi wrażenie ich przestrzenności, ale ja bym na pewno wolał usłyszeć je w jaśniejszych barwach. Wszakże nic straconego. Skoro są tak wrażliwe na okablowanie, trzeba poszukać odpowiedniego kabla. Powinien być oczywiście jasny i ciepły. Nie zasugeruję XLO Limited, bo to cenowy kosmos, a Wiktor, który go porównywał z Fadelem Reference One twierdzi, że Fadel wygrał zdecydowanie, ale coś takiego na pewno istnieje i mam nadzieję, że zaraz ktoś podpowie, co to takiego. Trzeba też dodać, że mój Cairn do jasno grających odtwarzaczy na pewno się nie zalicza i chociaż własny system grał jaśniej, to ja za jego jeszcze jaśniejsze brzmienie, nawet sporo jaśniejsze, też bym się na pewno nie obraził. Zatem jasny i ciepły interkonekt oraz tego samego pokroju odtwarzacz są dla najnowszej Omegi bardzo wskazane, chyba, że ktoś woli brzmienie chłodne i mroczne. Sam dystrybutor zasugerował mi jako najodpowiedniejszy interkonekt najwyższego Havens Gate, z którym podobno gra nasz bohater bajecznie. Niestety, nie było mi dane sugestii tej sprawdzić. Trzeba wierzyć na słowo. Pozostaje jeszcze kwestia wymiany lamp. RCA powinny co najmniej uszlachetnić brzmienie, ale pewnie także ocieplić, bo NOS-y grają zazwyczaj bardziej organicznym dźwiękiem. Barwa jest zagadką.
Powrócę jeszcze do szczegółowości. Tę sprawę także przebadałem wnikliwie, do czego posłużyła mi płyta Vangelisa „Themes”. Już wielokrotnie do tego celu używany jedenasty utwór na niej - „Memories of Dreams” - kona w misternych wibracjach na samej granicy słyszalności, co daje świetną okazję przebadania zdolności rozdzielczych poszczególnych słuchawek. Jak dotąd nikt nie pobił na tym polu Ultrasonów E9, znawcy tematu twierdzą jednak, że nic w tym względzie nie może się równać z Sony Qualia. Tych jednak nie miałem okazji porównywać, natomiast Stax stanął w zawody. Czy przegrał? Nawet jeżeli, to jedynie o włos, a i to jest problematyczne. Rzecz polega bowiem nie tyle na samym uchwyceniu szczegółu, czy oddaniu najcichszego dźwięku, gdyż te rzeczy Stax potrafi równie dobrze, co na umiejętności wypowiedzenia dźwięku do końca. Wiele razy pisałem, że Ultrasony Edition9 posiadły ją perfekcyjnie i pod tym względem Stax faktycznie im nie dorównuje. Gdy jego dźwięk się urywa, one kręcą jeszcze ostatni piruet. Poza tym nie ma różnicy.
Kończąc opis brzmienia słów parę o jakże ważnym dla jakże wielu basowym krańcu skali. Od zawsze była to dla konstrukcji elektrostatycznych pięta achillesowa, a bardzo liczni potencjalni nabywcy tylko dlatego rezygnowali z zakupu takich słuchawek, że nie mogli w nich odnaleźć partnera dla swych basowych upodobań. Nie dziwota przeto, że konstruując nowy model inżynierowie Staxa rzecz tę mieli na uwadze. Może nawet była ona głównym wyznacznikiem ich działań. W materiałach informacyjnych producenta czytamy, że najnowsza konstrukcja odznacza się większą membraną, pozbawioną jakiegokolwiek stałego punktu mocowania z siatką przewodzącą. Dzięki temu mamy do czynienia z mniejszymi zniekształceniami dźwięku i z szerszym jego spektrum, czyli także z lepszym basem. Jeżeli chodzi o górny zakres, byłbym nieco wstrzemięźliwy. Ultrasony szybują na pewno wyżej, a w każdym razie ukazują górne rejestry spektakularniej - dobitniej i świetliściej. Natomiast bas względem słuchanego u Nautilusa systemu z 2006 roku uległ niewątpliwie zdecydowanej poprawie. Z pewnością nie jest to już „salonikowy” erzac prawdziwej podstawy basowej, jak napisałem w pierwszej recenzji, ale bas z prawdziwego zdarzenia. Nie ma wprawdzie tego potężnego pchnięcia, cechującego E9 i GS-1000 z kablem Black Dragon, wszelako wybrzmiewa bardzo zadowalająco, a nade wszystko ma fantastyczną rozdzielczość. Dlatego nawet amatorzy silnych basowych doznań powinni brać najnowsze Staxy pod uwagę. Nie znajdą w nich co prawda powalającej potęgi okrętowych syren, niemniej cios i tak jest wbijający w fotel. Równocześnie inne aspekty brzmienia względem takich na przykład Bayerdynamiców DT-150, znanych z basowości, stoją na nieporównanie wyższym poziomie, a holograficzna scena jest jedyna w swoim rodzaju i nie ma żadnego odpowiednika. Odtwarzanie rockowego repertuaru jest zatem jak najbardziej na miejscu, gwarantując wspaniałe odczucia.
Podsumowując można powiedzieć, iż generalnie potwierdziła się teza ze spotkania z Wiktorem: nowszy model jest chłodniejszy i lepszy do muzyki rockowej oraz symfonicznej, a gorszy do wokalizy, której nie potrafi przydać właściwej poprzednim Omegom upojnej słodyczy. Ktoś powie – poszli w stronę neutralności. Faktycznie. W przypadku mojego Cairna poszli nawet trochę za daleko. Z drugiej jednak strony trzeba równocześnie podkreślić, że nie zauważyłem teraz owej emocjonalnej obojętności, cechującej Omegę II model 2006. Leonard Cohen śpiewał z należytym zaangażowaniem, stosownym do tekstów. Tak więc po znalezieniu odpowiedniego odtwarzacza i wpięciu go odpowiednim interekonektem powinno być zachwycająco. Bardzo żałuję, że sam niczego takiego nie zdołałem zmontować; zarazem pewien jestem, iż to rzecz do zrobienia bez zbytniego wysiłku, poza oczywiście finansowym, ale z tym do czynienia mamy przecież zawsze. Już odrobinę słodkawy Meridian G8 powinien być znacznie lepszy od mojego Cairna.
Muszę się jeszcze pochwalić. Otrzymałem od p. Sebastiana w prezencie płytę pokazową Staxa, nagraną w systemie sztucznej głowy. Potęguje ona i tak ogromne możliwości analizy przestrzennej ich flagowego systemu i ukazuje świat sceniczny w całkiem innym świetle. Chwilę trzeba się przyzwyczajać, bo początkowo dominuje odczucie obcości, ale kiedy już nowy typ prezentacji zostanie przyswojony, uśmiech sam pojawia się na twarzy słuchającego. Zabawa jest przednia. Przeniesieni zostajemy wprost do pomieszczenia, w którym grają. Niczego nie trzeba sobie dopowiadać, brak jakiejkolwiek umowności, a o graniu „w głowie” można zapomnieć. Lokalizacja źródeł jest perfekcyjna, a pewne ich rozmycie po bokach sceny oraz śladowa ogólna niewyraźność, odnotowane na płytach normalnych, tu w ogóle nie występują. Trzeba też przyznać, że na tej własnego chowu płycie Stax wypadł od mojego systemu zdecydowanie lepiej. Tylko o przestrzeń wprawdzie, ale ładne mi „tylko”..
Pora kończyć, lecz zapewne jesteście jeszcze ciekawi, jak generalnie wypadło porównanie mojego systemu z flagowym Staxem. Nie uchylę się od odpowiedzi, bo nie są dla mnie wzorem śliscy recenzenci, dbający jedynie o dobrodziejstwo własnego zadka. Nie muszę się jednak zbytnio wysilać; przez pierwszych tydzień podobały mi się na przemian - raz bardziej jeden, raz drugi. Później osiadłem jednak w swoim. Dlaczego? Ta złagodzona góra troszkę mnie irytowała, to raz, a poza tym soliści i instrumenty u siebie wydawały mi się bardziej realne. I jeszcze do tego ten mrok. Światła Staxsie, więcej światła. Ale kto wie, może po paru dniach znów by przeważył? Ta jego przestrzenność nielicha jest, psiakrew, oj nielicha…
Do porównań zapędziłem także rodzinę. Szło bardzo opornie, bo syn, uprawiacz żywej muzyki, w pogardzie ma audiofilskie dyrdymały, a żona obejrzawszy parę razy bocznicę na Audiostereo o audiofilach ma zdanie niepochlebne ponad wszelki wyraz. Niemniej ja ważę najwięcej, toteż moje argumenty przeważyły. Syn wolał Staxa, i to wszystko, co miał mi do powiedzenia.
– Który lepszy? - spytałem.
– Stax.
Niczego więcej się już nie dowiedziałem. Żona z kolei Staxa skrytykowała. (A nie myślcie sobie, jest wyszkolona muzycznie – umie grać na instrumencie i słuch ma pierwsza klasa.) „Za ciemny” – orzekła. „Twój gra prawdziwiej”.
PS
Miałem też do porównania wzmacniacz tranzystorowy i oczywiście porównałem. Zdecydowanie wolę lampę. Gra mniej jednoznacznie, a bas ma nie gorszy. Różnicę między nimi porównałbym do odmienności między oglądaniem defilady, a spacerem po lesie. Tranzystor kroczy równo defiladowym krokiem i wszystko widoczne jest jak na dłoni. A lampa, swoim zwyczajem, czaruje. Duszki, półcienie, zakamarki i strzygi. Coś zaszeleści, coś się przyczai, czyjś wzrok czuć na plecach…Ciekawiej jest.
Dla porządku napiszę, że w stanowiącym punkt odniesienia Twin-Headzie użyłem lamp: 2A3 Emission Labs „mesh”, E188CC Mullard, 350B Valve Art, GZ34 RCA „Big bottle” i 12AX7 Brimar.
Interekonektem dla Staxa był Acrolink 6N-A2400 II XLR, za którego wypożyczenie składam firmie Nautilus serdeczne podziękowanie.
Moderowano: 2008-04-12 / 13:14 przez zhornik
|