Audiohobby.pl

Film

4m

  • Gość
22-10-2014, 22:45
Nie dam się sprowokować, nie skomentuję, nie tym razem jeszcze.

Trenarzerze kurna... wybierz się z nim na koncert do fisharmoni, będzie beka :)
« Ostatnia zmiana: 22-10-2014, 22:49 wysłana przez 4m »

4m

  • Gość
22-10-2014, 23:42
Przy filmach to głównie gotuję coś w kuchni, testuję wymyślne przepisy kulinarne. Czasami do filmu gram jeszcze w eurobiznes.

colcolcol

  • 325 / 2936
  • Zaawansowany użytkownik
23-10-2014, 10:27
Mój kolega ćwiczy przy Rammsteinie i przy Turnale. Odpowiada mu tempo. Nie mogę słuchać muzyki byle jak, w hałasie, w biegu, spocony. Nawet na YT tylko "łapę klimat". Film przemawia głównie obrazem a oczy w czasie treningu się nudzą i tyle...

Obsada jest jak instrumentacja w muzyce. Można spieprzyć najlepszy pomysł na film złym doborem aktorów a można zrobić to perfekcyjnie. Meet Joe Black jest filmem, w którym role przydzielono genialnie. Hopkins czy Pitt znajdują się w każdym pomyśle, ale np  Claire Forlani jest ze swoja mimiką męcząca i dosyć przewidywalna. Na tym filmie powinna zakończyć karierę, jak Nicolas Cage na Wild at Heart ...

colcolcol

  • 325 / 2936
  • Zaawansowany użytkownik
23-10-2014, 21:06
Zbok emigracyjny :P

Uwielbiam Baczyńskiego a Turnau wypłynął na "nim". Sentyment pozostał:

colcolcol

  • 325 / 2936
  • Zaawansowany użytkownik
26-10-2014, 16:37
Tak się jakoś złożyło, że filmy z udziałem Leonardo DiCaprio ostatnio częściej u mnie gościły. Zaczął w zasadzie od What's Eating Gilbert Grape, za którym nie przepadam, potem The Quick and the Dead i pięć lat później Titanic.
Wczoraj przypomniałem sobie Django Unchained. Zagrał w nim tyleż bezwzględnego, co tępego plantatora. Tarantino ma wyczucie obsady, ale gdyby mnie ktoś wcześniej zapytał: jak sprawdzi się w tej roli Leonardo, nie postawiłbym na niego złotówki. A tu proszę, dostajemy w drugim planie (nie było - jak się okazuje - problemu ambicjonalnego) bardzo wyraźnie zarysowaną sylwetkę, przykuwający uwagę spacer po planie i ogólnie - solidny kawał roli.
Tak, lubię go.

-Pawel-

  • 3675 / 3153
  • Administrator
26-10-2014, 19:13
Był taki film, gdzie dwóch...doktorów? udało się na wyspę badać przypadek choroby psychicznej czy coś w tym stylu. DiCaprio grał tam jedną z głównych ról. Na koniec okazało się, że doktor był głównym pacjentem, którego wprowadzono w błąd i wydawało mu się, że jest kimś zupełnie innym na potrzeby...eksperymentu?. Nie mogę sobie przypomnieć tytułu tego filmu, a bardzo mi się podobał, pomoże ktoś?

-Pawel-

  • 3675 / 3153
  • Administrator
26-10-2014, 21:12
Czyli Shutter Island, podziękował :)

colcolcol

  • 325 / 2936
  • Zaawansowany użytkownik
28-10-2014, 17:11
Jeszcze dwa fakty z Django i kończymy z nim. Jest to w sumie kino popularne, bez super ambicji artystycznych i ma się tak do Almodovara jak dobry rock do jazzu.
Leonardo w scenie emocjonalnego przemówienia o kłamstwach przy stole, roz...la sobie łapę, uderzając w stół. Rzecz była autentyczna, przeraziła wszystkich na serio a on, z faktycznie rozciętą ręką kontynuował scenę.
Tarantino buduje sceny często w oparciu o muzykę. Najpierw jest temat muzyczny a potem pojawia się pomysł na scenę, nie tylko w tym filmie.

colcolcol

  • 325 / 2936
  • Zaawansowany użytkownik
29-10-2014, 17:11
Wspomniana Wyspa tajemnic jest jednym z tych filmów, które ogląda się z zaciekawieniem tylko raz. Nie ma w niej dopieszczonych scen z chęcią oglądanych po kilka razy. Sama, zakręcona historia nie jest dla mnie powodem do powtórnego obejrzenia. W klimatach film jest bardzo podobny do K-pax, ale m.in z mniej ciekawą oprawą muzyczną, nie stanowi dla niego konkurencji. Debel Spasey/Bridges lepiej utrzymuje napięcie niż sam DiCaprio.

4m

  • Gość
29-10-2014, 21:55
A już w połowie filmu bez problemu można załapać jakie będzie 'niespodziewane' zakończenie, bo pomysł ograny... Pamiętacie Siłę Strachu z De Niro?

Jarek2

  • 90 / 1440
  • Użytkownik
30-10-2014, 21:09

colcolcol

  • 325 / 2936
  • Zaawansowany użytkownik
31-10-2014, 09:12
Cape Fear to nie Hide and Seek, te tłumaczenia...

Tytuł Siła strachu (zostańmy przy tej wersji) nic mi nie powiedział. Pomyślałem: pewnie nie oglądałem, ale gdzie tam: był zaliczony, tylko wymazany z pamięci :)
Nie lubię filmów, w których pierwsze skrzypce gra dewiant, psychopata lub inny czub. Wiele scen w takich filmach jest naiwnie nierealnych (ale udają rzeczywiste)  a to mnie, jako widza żenuje. Niech to będzie fantastyka z dystansem i będzie zabawa a tak wychodzi koszmarek.
W Sile strachu nie ma dialogu, nie ma zupełnie drugiego planu i brak jest innych wątków. Zdjęcia Wolskiego i kunszt De Niro poszły na marne.
Dewiaci powinni kończyć jak w Zielonej mili (przynajmniej nie ma problemu z tłumaczeniem) czyli trwałe ubezwłasnowolnienie lub krzesło. Ale ten film posiada wiele innych wątków i m.in dzięki temu, jest dużo ciekawszy. Akcent na role rozłożono sprawiedliwie, aktorów obsadzono genialnie, zdjęcia nie rażą tandetą i wierzymy w cudowne uzdrowienie myszki. Aha, w Zielonej Mili zadbano o doskonałą scenografię.  Ferenc Darabont wyreżyserował jeszcze jedną perełkę, ale o tym innym razem.
« Ostatnia zmiana: 31-10-2014, 09:15 wysłana przez colcolcol »

Archie

  • 1481 / 3452
  • Ekspert
31-10-2014, 14:01
Pamiętacie "Rosemary's Baby" z 1968? Dziecko z wózeczka dorosło no i stąd ta sentymentalna fotografia.

colcolcol

  • 325 / 2936
  • Zaawansowany użytkownik
31-10-2014, 15:49
Oglądałem ten film w Zakopanem, w jakieś wakacje lat osiemdziesiątych. Miałem wyjść w trakcie projekcji, ale z kolegami dokładaliśmy głośne komentarze i jakoś zleciało. Nigdy do niego nie wróciłem. Europa cierpi na brak utalentowanych reżyserów i dlatego każdy jest na miarę złota a jak do tego żyd, to nawet filmów kręcić nie musi i odpowiadać za pedofilie również.
 

frank

  • 393 / 3551
  • Zaawansowany użytkownik
03-11-2014, 06:36
"Zostawcie Polańskiego

Każde publiczne pojawienie się Romana Polańskiego w Polsce (i nie tylko) wzbudza fale kontrowersji. Jego ostatnia wizyta w Warszawie na otwarciu Muzeum Historii Żydow Polskich spowodowała lawinę komentarzy, podsyconych później przez informację, że USA oficjalnie wystosowało do władz polskich prośbę o jego ekstradycję.

Chyba się nie pomylę stwierdzając, że to jedna z najbardziej znienawidzonych osób na świecie i paradoksalnie, wraz z upływem czasu, światowa opinia publiczna zdaje się traktować temat jego gwałtu na nieletniej z roku 1977 jak ulubiony obiekt wywlekania na światło dzienne wraz ze wszystkimi szczegółami prawnymi i intymnymi tej sprawy. Jednocześnie każda próba obrony, czy też tłumaczenia czynów Polańskiego jest odbierana jako równoznaczna z obroną pedofilii, co stwarza sytuację patową, w której emocje w dyskusjach na ten temat często osiagąją niezdrowe apogeum.
Ten regularny proceder wzburzenia opinii publicznej przeciwko Polańskiemu w, wydawałoby się, słusznej sprawie, zaczyna przypominać swego rodzaju igrzyska, w których publiczność zgromadzona przed odbiornikami medialnymi za wszelką cenę domaga się widowiska, a osiągnięcie zbiorowego catharsis jest możliwe tylko w jeden sposób: że przedmiot ataków umiera na ringu, najlepiej w długotrwałych cierpieniach, na oczach wszystkich zgromadzonych. Tutaj nie ma litości, nie ma miłosierdzia, tutaj jest wina niepodważalna i nikt inny, jak tylko tłum ma prawo wyznaczyć za nią karę. Tutaj tłum jest adwokatem, prokuratorem i sędzią w jednym akcie zbiorowego potępienia.
Za każdym razem jestem zaskoczona intensywnością tej zmasowanej medialnej krytyki, która często przybiera formę regularnej obławy i która dawno już przestała być proporcjonalna do popełnionego przez Polańskiego czynu.
Mówię to z całą świadomością wiedząc, że w tym momencie kieruję na siebie być może podobną krytykę, która nie będzie miała żadnych okoliczności łagodzących.
Ale trudno, tak mi podpowiada mój instynkt człowieczeństwa i empatii, który jeszcze w sobie posiadam.

Mój podstawowy problem z argumentacją krytyków Polańskiego polega na pomijaniu wielu faktów, które zdają się nie mieć absolutnie żadnego znaczenia dla części opinii publicznej.
Bo to nie była nigdy tak prosta i jednoznaczna kwestia, do której chcieliby ją sprowadzić zatwardziali zwolennicy wsadzenia Polańskiego do więzienia. Tak, to był "unlawful sexual intercourse with a minor" czyli "niedozwolony stosunek seksualny z nieletnią", do czego przyznał się on sam. Nie moim zadaniem jest tutaj ponowne przypominanie wszystkich faktów - te informacje są dostępne na odległość kilku kliknięć, fakty są znane i można je sobie logicznie połączyć w jedną całość. I można się m.in. dowiedzieć, że:

był proces
było przyznanie się do winy
była ugoda ze stroną pokrzywdzoną i z sędzią
było poddanie się karze wyznaczonej przez sąd (43 dni w zakładzie psychiatrycznym, co było częścią zawartej ugody).

Te fakty nie podlegają dyskusji, czy to się komuś podoba, czy nie i czy pasuje do czyjegoś subiektywnego poczucia sprawiedliwości jest sprawą wtórną.
Z punktu prawnego winą Polańskiego jest w tej chwili to, że opuścił USA przed zakończeniem sprawy sądowej i wydaniem ostatecznego wyroku.

Fakt, że Polański wiele lat temu pogodził się z Samanthą Geimer, że nie tylko przeprosił ją osobiście, ale w wyniku postępowania cywilnego w roku 1988 zadośćuczynił jej odszkodowaniem w wysokości 6-cyfrowej kwoty dolarowej nie pojawia się w argumentacji krytyków prawie nigdy. Mało kto o tym wie, dlatego że świadczyłoby to niechybnie o jego człowieczeństwie, a tym szeroko pojęta opinia publiczna zdaje się nie być w ogóle zainteresowana. Osobiste zdanie pokrzywdzonej już dawno przestało się liczyć, a właściwie nie liczyło się prawie nigdy. Chcąc nie chcąc, stała się ona sztandarowym symbolem niewinnych 13-latek gwałconych przez bezkarnych pedofili-predatorów, których symbolem stał się Polański.
Sama zainteresowana wielokrotnie wyrażała się na ten temat i podkreślała, jak bardzo skrzywdziło ją przesadne, nieproporcjonalne zainteresowanie mediów tą sprawą oraz jak bardzo cierpi za każdym razem, gdy po raz kolejny zostaje ona wywlekana na światło dzienne ze wszystkimi pikantnymi detalami, który to proceder, mający na celu pogrążać sprawcę, pogrąża jednocześnie ją samą. Ten kontekst jest w tym nieistotny. Poczucie empatii w stosunku do ofiary nie podlega przecież dyskusji, ale jej uczucia w tym momencie są paradoksalnie nieistotne. Empatia tłumu jest ważniejsza od niej samej, to nie ma najmniejszego znaczenia, że od prawie 40 lat ten zbiorowy, bezimienny i zmasowany pęd do wymierzenia sprawiedliwości jej oprawcy wykańcza ją psychicznie, wpływa destrukcyjnie na życie jej i jej rodziny….

I tutaj też nie liczy się, że w Polsce, podobnie jak w innych krajach europejskich sprawa sprzed lat prawie 40 byłaby już dawno przedawniona. Całość podstawy prawnej na której ta sprawa aktualnie się opiera dobija fakt, że przebywając w areszcie w Szwajcarii, po zatrzymaniu Polańskiego w roku 2009 strona amerykańska nie była w stanie ustalić, na jakiej zasadzie ekstradycja ma się odbyć, gdyż formalnie Polański poddał się karze ustalonej w roku 1978 przez ówczesnego sędziego. Można nawet przypuszczać, że do tak bardzo oczekiwanego przez dużą część opinii publicznej odbycia wyroku przez Polańskiego w Ameryce w ogóle by nie doszło, bo z punktu widzenia prawnego wydaje się, że strona amerykańska ma poważne problemy z jednoznacznym ustaleniem, czy Polański faktycznie ma w ogóle jakąś karę do odbycia.

Traktowanie tej sprawy według dzisiejszych norm społecznych jest również nonsensowne. Koniec lat 70-tych był to czas, gdy Jodie Foster jako 13-latka grała prostytutkę w „Taxi Driver“, a 12-letnia Brooke Shields została okrzyknięta symbolem seksu. Nie ma wątpliwości, że były inne normy zachowania, inna mentalność, seks z nieletnimi był rozpowszechniony i praktykowany bez względu na to jak nienormalnie to dzisiaj dla niektórych brzmi. I nie oszukujmy samych siebie: dzisiaj przecież wczesna inicjacja seksualna jest również na porządku dziennym, w krajach europejskich wiek pierwszych kontaktów ciągle się obniża.
I nawet jeśli już koniecznie miałoby się traktować ta sprawę według dzisiejszych norm, to najlepiej w całości: to znaczy, że matka Samanthy Geimer przy dzisiejszych praktykach rozpowszechnionych np. w niektórych krajach Europy ryzykowałaby utratę praw rodzicielskich za to, że nie dopilnowała swojej nieletniej córki zostawiając ją sam na sam w sytuacji dwuznacznej z dorosłym mężczyzną, który miał światową reputacje playboya.

I w końcu można się dziwić, że ta sprawa porusza do tego stopnia, że kompletnie blednie przy niej autentyczny stan traktowania zbrodni pedofilii oraz czynów pedofilnych w Polsce i w innych krajach, gdzie kary więzienia są minimalne, a ponad połowa wszystkich spraw kończy się wyrokiem w zawieszeniu. I nawet jeśli kończą się one rzeczywistym pobytem w więzieniu, jest to nieuchronnie związane z rychłym wyjściem wciąż niebezpiecznych, nieleczonych przestępców na wolność tylko po to, aby popełniali te same przestępstwa na nowych ofiarach. (Zródło)
W obliczu tak opłakanego stanu rzeczy w tej kwestii, ciągłe rozdmuchiwanie sprawy Polańskiego zdaje się być jakąś koszmarną, bezmyślną groteską, skoro człowiek ten, chociażby według przeprowadzonych badań, ani nie jest pedofilem ani nie stanowi i nigdy nie stanowił żadnego zagrożenia dla otoczenia.

Mam wrażenie że krytykom Polańskiego nie chodzi już nawet o sprawiedliwość dla „tej biedniej 13-letniej dziewczynki“, ona już przecież dawno otrzymała zadośćuczynienie i o tej sprawie najchętniej by zapomniała. Tu chodzi o zaspokojenie swojej własnej żądzy sprawiedliwości, o wyrażenie potępienia, które psychologicznie podnosi potępiającego szczebel wyżej w jego własnym poczuciu człowieczeństwa, rodzicielstwa, jestestwa. Absolutne potępienie jest najłatwiejsze, bo nie wymaga ani wysiłku intelektualnego, ani moralnego.
I najszlachetniej wtedy wygląda własna twarz w lustrze.

Dlatego moja postawa w tej kwestii jest jednoznaczna: drodzy krytycy, rodzice, dziennikarze, sekundanci: zostawcie Polańskiego, a z taką samą siłą i żądzą krwi zajmijcie się protestem wobec systemu prawnego, który wciąż niestety, mimo prowizorycznych zmian, najzwyczajniej w świecie jest bezradny wobec rosnącej, rozpleniającej się i przybierającej coraz bardziej wyszukane i przerażające formy w takt rozwoju mediów społecznościowych pedofilii.

Jeśli całe zamieszanie medialne wokół afery Polańskiego do czegokolwiek pożytecznego miałoby się przydać, to właśnie do podkreślenia alarmującej ważności tej kwestii."