Dla mnie dobra muzyka to przede wszystkim krew, emocje, a nie suche cyferki w tabelach czy laboratoryjne audiofilskie wykresy. Jednak to, jak chłoniemy te emocje, jest ściśle powiązane z naszą biologią, neurologią oraz psychologią. Każdy z nas ma inny układ nerwowy i zupełnie inną wrażliwość sensoryczną.Współczesna realizacja dźwięku (kompresja dynamiczna) celowo tworzy tzw. „ścianę dźwięku”. Z punktu widzenia biochemii mózgu taki skompresowany, agresywny miks działa jak silny stymulator – wywołuje natychmiastowy wyrzut dopaminy i adrenaliny, objawiający się ciarkami na plecach potężnym „kopem” energii. Z perspektywy psychoakustyki i neurofizjologii, ta sama technologia niesie ogromny koszt. Nasz narząd słuchu posiada ewolucyjny mechanizm obronny zwany odruchem strzemiączkowym. Gdy dźwięk staje się zbyt głośny, malutki mięsień strzemiączkowy w uchu środkowym kurczy się, aby ograniczyć dopływ niszczycielskiej energii do ślimaka. W naturalnym środowisku muzycznym (gdzie występują momenty ciche i głośne) mięsień ten napina się i odpoczywa. Muzyka pozbawiona dynamiki zmusza go do pracy w permanentnym, wycieńczającym skurczu.Dla osób o wysokiej wrażliwości sensorycznej brak tych mikro-przerw w dźwięku prowadzi do zjawiska zmęczenia psychoakustycznego , oraz przebodźcowania układu nerwowego. Mózg traci zdolność do selektywnej separacji dźwięków, co zamiast relaksu wywołuje stres, bóle głowy i poczucie zagubienia.To zjawisko tłumaczy również ogromną frustrację, która toczy środowisko audiofilskie. Wielu pasjonatów wpada w błędne koło: kupują coraz droższy, bardziej szczegółowy sprzęt, a wcale nie gra to lepiej – a czasami wręcz gorzej. Dlaczego tak się dzieje? Lepszy, bardziej rozdzielczy system audio działa jak szkło powiększające. Jeśli nakarmimy go współczesnym, bezlitośnie spłaszczonym masteringiem z „wojny głośności”, drogi sprzęt bezbłędnie obnaży i powiększy wszystkie wady tego nagrania. Zamiast głębokiej sceny i oddechu, dostajemy podaną prosto w twarz, zniekształconą ścianę dźwięku. Audiofile stają się wiecznymi frustratami, ponieważ szukają winy w kablach czy przetwornikach, podczas gdy winowajcą jest zniszczone na etapie produkcji źródło. Wyrafinowany sprzęt po prostu nie ma z czego wyciągnąć dynamiki.Moja osobista obrona i czysta radość z muzykiZrozumienie tych mechanizmów pozwoliło mi zbudować własną, skuteczną linię obrony, dzięki której chronię zdrowie, a jednocześnie nie tracę nic z muzycznych emocji: 1.Świadomie odpuściłem koncerty na żywo: Brak kontroli nad potężnym, odbitym chaosem akustycznym i tłumem wywoływał u mnie natychmiastowy przeladowanie sensoryczne. Zamiast frajdy, wracałem fizycznie i psychicznie wyczerpany. 2.Wprowadziłem sztywny, bezpieczny „Level” na domowym wzmacniaczu: To mój prywatny filtr i strefa bezpieczeństwa.Zdejmując ze wzmacniacza nadmiar czystych decybeli, ratuję mięsień strzemiączkowy i układ nerwowy przed przebodźcowaniem. Co najpiękniejsze – dzięki kompresji zaszytej w samych nagraniach, muzyka słuchana ciszej wcale nie traci swojej bliskości, drapieżności i emocjonalnego ognia. Słucham mądrze, na własnych warunkach i bez audiofilskiej frustracji. Wyciągam z dobrej muzyki całą esencję, nie płacąc za to finansowo,zdrowiem ani zmęczeniem.