Audiohobby.pl

"Weekend ze Staxem za recenzję" - recenzje i dyskusja

Audiohobby.pl

  • 14 / 919
  • Nowy użytkownik
02-06-2015, 19:39
Czekamy na pierwsze wrażenia. Zapraszamy do dyskusji.

Jarek2

  • 89 / 1439
  • Użytkownik
02-06-2015, 19:56
To ja pierwszy. Z prośbą o wyjaśnienie.

Na ostatnim AS w hotelu Tulipan była fajna prezentacja Staxów. Od najdroższych do najtańszych (najtańsze od okna wychodzącego na ul .Towarową).
Przesłuchałem wszystkie i ... najbardziej spodobały mi się te najtańsze. Wydało mi się to podejrzane, obszedłem całą wystawę w hotelu i wróciłem do Staxów. Znowu przesłuchałem wszystkie i ... no wiecie.

Co jest nie tak?

wiktor

  • 2151 / 3547
  • Moderator Globalny
02-06-2015, 20:15
Cała seria Lambd (w tym Sigmy) to bardzo udane słuchawki. Od lat osiemdziesiątych Stax sprzedał ich kilkadziesiąt razy więcej niż razem wziętych Omeg, 007 i 009.

To nie przypadek. Nawet szefowie Staxa uznali jeden z modeli Lambd - SR404 za najbardziej udany w historii swojej firmy.

minczin

  • 8 / 1770
  • Nowy użytkownik
18-06-2015, 21:27
Słowem wstępu
Po zasięgniętych wcześniej informacjach nie spodziewałem się po zestawie nic szczególnego, szczególnie po samych słuchawkach, jednak miałem nadzieję, że wzmacniacz zagra lepiej od mojego modowanego SRM-1. Jak było, opisałem niżej :)

Ergonomia
Słuchawki w porównaniu do SR-Lambda są znacznie cięższe. Jakość wykonania zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Przylegają mocno do głowy, trzeba zaznaczyć, ja mam z tym problem, bo czułem się po 10 minutach jakbym miał głowę w imadle. Przy nich Lambdy znikają i nie czuć ich niemalże wcale. Plusem jest oczywiście to, że możemy wykonywać bardziej swobodne ruchy nie martwiąc się przy tym, że zgubimy je po drodze.

Scena
Scena w słuchawkach SR-Lambda jest bardziej swobodna, ma więcej powietrza i znacznie lepszą lokalizację instrumentów oraz jest obszerniejsza. W SR-307 jest skondensowana. Pierwszy plan mocniej rzucany na twarz. Grają bardziej bezpośrednio oraz delikatnie bliżej. Można to przyrównać mniej więcej w ten sposób: Lambdy z odległości 1/3 sali, 307ki z pierwszych rzędów.
W SR-Lambda mamy do czynienia z wyraźnym podziałem na plany, które u konkurenta są lekko zlane ze sobą. Scena w SR-307 jest dość wąska z mniejszą głębią, sporo mniejszą. Porównując szerokość obrazu jaki widzimy przed słuchaczem, czyli pole widzenia – SR-307 60 stopni, natomiast SR-Lambda 90, gdzie dodatkowo uczucie głębi jest dwukrotnie większe.

Barwa
Gitara akustyczne na SR-307 jest nieco bardziej płaska. Mniej zróżnicowana. Można odczuć wrażenie zaakcentowania jej wyższych rejestrów, mocniejszy tzw. peak. Wokale są mniej naturalne daje się usłyszeć sztuczność w kreowaniu dźwięku. Brakuje mu swobody. Może być to spowodowane faktem, że słuchawki były wcześniej tylko u kolegi Bathuss’a i są niewygrzane. SR-Lambda grają bardziej analogowo. Posiadają mniej najwyższych rejestrów, jednocześnie sprawiając wrażenie większej naturalności przekazu. Ogólnie barwę obydwu par można określić mianem ciepłych patrząc przez pryzmat dynamików.

Wokal/średnica
Lambdy lepiej oddają mikrodetal. Grają dźwiękiem bardziej detalicznym i namacalnym. Kreują więcej zniekształceń, dając tym samych namiastkę lampowego brzmienia. Mogą nas zaszczycić także większą swobodą i mniej zbitym dźwiękiem.

Bas
SR-Lambda w tym zakresie są twardsze i bardziej punktowe, zaś SR-307 lekko „punchy”, na miarę basu z Beyerdynamica, który pamiętam z DT990 oraz DT931. Niektórzy mogliby odnieść wrażenie, że 307tki grają z lepszym wypełnieniem w tym paśmie. Jednak dla mnie są mniej równe oraz nachalne.

Góra
To najmocniej wyróżniający zakres pasma obydwu modeli słuchawek zaraz po scenie dźwiękowej. Odnoszę wrażenie, że akurat tutaj SR-307 są lepsze. Oddają to pasmo bliżej cechom naturalnym instrumentów. Tym samych sprawiając wrażenie większej naturalności. Góry w tym modelu jest więcej, jednak jest to nieznaczna ilość. Lambdy natomiast grają bardziej analogowo i mocniej zaokrąglają wyższe częstotliwości. Nie jest to jednak taka różnica, aby można było odczuwać niedosyt.

SRM-1 mk1 + SR-307
Słuchawki dostają więcej powietrza. Scena ma większą głębię. Podczas odsłuchu odniosłem wrażenie lepszego napędzenia słuchawek. Były obficie wypełnione na basie i posiadały obszerniejszą scenę. Dało się zauważyć większą ilość wpompowanego w nie życia i muzykalności względem 323S.

323S + SR-307
Dźwięk rysowany grubszą kreską, bardziej analitycznie. Brakuje im nieco wypełnienia. Scena zostaje spłaszczona, a słuchawki stają się bardziej bezpośrednie i grają dźwiękiem bliższym słuchaczowi. Oddają gorzej fakturę oraz mikrodetal.

Podsumowanie
Uważam, że SR-307 grają przynajmniej klasę słabiej od SR-Lambda. Wzmacniacz łapie także gorszą synergię z tymi słuchawkami, aniżeli SRM-1. Jednak obydwie pary grają niezwykle podobnie pod względem sygnatury dźwięku. Zarówno barwą, ilością basu jak i średnicą. Zdecydowanie na plus wybija się kreowanie sceny w Lambdach, która jest obszerna, z dobrą lokalizacją źródeł pozornych oraz kreowaniem trójwymiarowej przestrzeni. SR-307 grają natomiast  bardziej bezpośrednio, przez co możemy odnieść wrażenie zbytniej nachalności. Przy mocniejszych klimatach może być to plus.
Do porównania użyłem także interkonektu Stax’a dołączonego do zestawu jednak po usłyszeniu zdegradowanego sygnału dałem sobie z nim spokój.

Sprzęt użyty w recencji:
- SR-Lambda 1979r., SR-307
- DAC Mytek Stereo192-DSD
- Wzmacniacz SRM-1 mk1 (wymienione kondensatory w sekcji zasilania), SRM-323S
- Interkonekt Ear Stream SunRise, Supra USB 2.0, Zasilający DAC Supra LoRad

« Ostatnia zmiana: 19-06-2015, 11:07 wysłana przez minczin »
Supra USB 2.0 / Mytek Stereo192-DSD DAC / Ear Stream SunRise / Stax SRM-1 modified / Stax SR-Lambda 79'

Krzysztof_M

  • 729 / 2939
  • Ekspert
19-06-2015, 09:19
Dzięki za recenzję. Po takim opisie wbrew pozorom, nabrałem większej chęci na skosztowanie takich Lambd jak Twoje. Ja posiadam wersję PRO, przyznam, że zaciekawiło mnie jak mocno inaczej sprawuje się wersja Normal.
Muszę poszukać takowych na rynku :)

brodacz

  • 1768 / 1482
  • Ekspert
19-06-2015, 10:16
Mi opis Lambd Minczina bardzo pasuje do moich Lambd Pro

gruby

  • 10 / 1122
  • Nowy użytkownik
22-06-2015, 14:08
w takim razie zamieszczam tekst tutaj:
Po krótkich oględzinach podpiąłem cały zestaw, założyłem słuchawki na głowę i... i miałem efekt WOW. Zawsze czytałem, że Staxy to nie orgazm od pierwszego założenia, a sprzęt, do którego trzeba się przyzwyczaić aby doceniać. U mnie się to nie sprawdziło. Acz nie był to efekt WOW spowodowany spektakularnością grania, jakimś cudem świata, usłyszeniem trąb jerychońskich. Był mianowicie spowodowany, że te słuchawki grają jak słuchawki :) Ale bardzo czysto, łagodnie, naturalnie, muzykalnie, a zarazem rozdzielczo, szybko, precyzyjnie. Od razu przyszło mi do głowy, że już to kiedyś słyszałem... ale o tym później.

Teraz jak gra ten zestaw? Jeśli jesteście fanami Beyerów dt990 edition 600ohm to jest to coś dla Was. Wg mnie te Staxy to bardzo dobre rozwinięcie właśnie tych słuchawek (co trzeba dodać to porządnie napędzonych, z synergicznym torem i rekablowanych - bo jednak stock podpięty do bele czego gra sporo gorzej). Podobny charakter, podobny balans tonalny - acz po prostu lepsze, bez niektórych ich wad. Przede wszystkim równiejsze, łagodniejsze, z bardziej nasyconą średnicą.
Słuchawki grają raczej po jaśniejszej strony mocy, acz nie tworząc w tym aspekcie przesady. Całość podana jest bardzo muzykalnie, przystępnie, łagodnie, a jednocześnie w miarę szybko, rozdzielczo i precyzyjnie.
Góra to wg mnie najmocniejsza strona tych słuchawek. Jest "analogowa", ładnie zaokrąglona a przy tym bardzo rozdzielcza. Jest całkiem rozciągnięta potrafiąc oddać zarówno grubość blach, jak i blask przy najwyższych rejestrach. Jest łagodniej niż we wspomnianych Beyerach, a nawet Hifimanach HE500, które to też stanowiły mój punkt odniesienia. Od Beyerów jest też mniej szeleszcząca, precyzyjniejsza, bez zbędnych przydźwięków.
Środek pasma jest troszkę przechylony ku górnym partiom. Średnica jest bardzo muzykalna, barwna, ale czasem brakowało mi masy instrumentów takich jak kontrabas, fortepian, dęciaki czy w mocniejszej muzie gitary elektryczne. Dt990 nie są tak gładkie, nasycone, mają trochę płytsze wokale - acz cechują się większym dociążeniem. Różnice jednak nie są tu wbrew pozorom duże. HE500 to już nieco inna bajka - jest zdecydowanie masywniej i z jeszcze większym nasyceniem, kolorytem. Ale co ciekawe mimo tego odebrałem to pasmo w HE500 też jako ostrzejsze. Bardziej agresywne, gdzie w Staxach była to oaza spokoju, miód na uszy.
Dolne partie znów przywodzą na myśl niemiecką szkołę Beyerdynamica. W Staxach jest nieco mniej dołu i nie ma on takiego kopa, ale nie jest to duża różnica. W żadnym wypadku po przesiadce w Staxach go nie brakowało. Miał odpowiednią moc, będąc też bardziej z tych miękkich niż twardych, sztywnych - acz z zachowaniem dobrej kontroli, minimalnie lepszej niż w dt990. Niestety do HE500 nie ma porównania. Te planary potrafią zejść niżej, mają lepszy impakt i jednocześnie potrafią bardziej zróżnicować dźwięki w tym paśmie.

Scena jaką oddaje recenzowany zestaw nie jest szczególnie rozbudowana. Jej budowa kolejny raz przypomniała mi dt990 Edition 600ohm. Nie jest to napowietrzenie, przestrzeń i "głośnikowe" granie HE500. Pierwszy plan dość blisko, poszczególne warstwy rozłożone poprawnie. Na szerokość też w skali Beyerów, więc krzywdy nie ma acz hektary to nie są. Jednak od nich w Staxach jest zdecydowanie lepiej w kontekście holografii. Instrumenty są rysowane precyzyjniej, mniej rozłożyście, co w parze z lepszą separacją daje bardzo dobre rezultaty. Takiego spokoju scenicznego. Czystości, nienachalności. Nie jest to zmiana rewolucyjna acz dobry krok do przodu w stosunku do jednych z moich ulubionych dynamików. HE500 w tym polu są jeszcze lepsze, pomimo, że tu instrumenty są większe, masywniejsze. Większa przestrzeń i powietrze między instrumentami robi tu jednak swoje.

Jakie więc wrażenie zrobił na mnie testowany zestaw Stax SRM-323S + SR-307 ? Bardzo dobre. Jeśli miałbym napisać w paru słowach co je wyróżnia to lekkość, zwiewność, niesamowity spokój i łagodność. Spokój i łagodność jakich jeszcze nigdy nie słyszałem na żadnych innych słuchawkach. To jest chyba ta magia elektrostatów. Cechy nieosiągalne zarówno dla przetworników dynamicznych, jak i wg moich uszu też ortodynamicznych.
Nie są to jednak słuchawki, które bym nabył, bo bardziej mi leży charakter HE500, stajni Audeze, zwłaszcza w kontekście bardziej naturalnej moim zdaniem barwy. Jako kolejny zestaw Staxy są natomiast zbyt drogie (bo musiał by być to cały zestaw, nowy obecnie wyceniany na prawie 6000pln) i zbyt podobne do dt990. Jeśli ktoś natomiast szuka takiego charakteru, albo potrzebuje upgrade'u właśnie swoich Beyerów to zachęcam. Słuchawki na długi czas - zarówno w kontekście godzin spędzanych na bieżących odsłuchach jak i prawdopodobnego usidlenia na lata, powodując, że nie będzie się chciało szukać niczego nowego. Nie jest to hit w kontekście relacji cena / jakość, ale na pewno pozycja do musowego odsłuchu...

ps. przed jednym muszę ostrzec. Jeśli dostaniecie kiedyś taki zestaw z IC Staxa to od razu ten kabelek pomińcie. Mój grubbbyNatureReference pokazał, że kabel Stax tylko ogranicza ten zestaw. Gorsza dynamika, holografia, rozdzielczość. Gra ciaśniej, nie tak czysto... po prostu muli psując ocenę całości.

piorut

  • 117 / 3179
  • Aktywny użytkownik
08-07-2015, 00:31
Witam,

     na początku chciałbym zaznaczyć, że nie słuchałem kompletnie nic od wielu miesięcy na słuchawkach. Kiedy zobaczyłem wspaniałą możliwość wzięcia udziału w odsłuchach elektrostatów (nigdy nie słuchałem tego typu słuchawek) to pomyślałem, że szkoda byłoby nie skorzystać.

Opiszę w prostych słowach (nie potrafię analizować i rozbierać na czynniki pierwsze jak wielu kolegów, nie mam też bogatego doświadczenia) jakie wrażenie wywarły na mnie Staxy oraz krótko porównam je do innych słuchawek.
 
Na początku pierwszy odbiór: sucho, bez emocji i wolno. Totalne zaskoczenie, ale pamiętam jak pierwszy raz słuchałem ortodynamicznych słuchawek to przez tydzień się "zmuszałem" do ich brzmienia. Aż odłożyłem Staxy trochę zawiedziony (była tylko chwila w sobotę na odsłuchy).

Następny dzień:
cóż za spokój, spójne granie, niemęczący przekaz. Tu wszystko pasuje. Wszystko jest zespolone, delikatne i ulegam temu czarowi. Czasami brakuje mi tylko wokalu bardziej grającego z przodu, otaczającego mnie, ale to przyzwyczajenie z Yamah YH-100.

Obojętnie jaki gatunek odtworzyć  - Staxy materiał podają wspaniale. Rozdzielczość, faktura instrumentów - tu słyszałem nowe rzeczy. Jeśli chodzi o barwę i grający solo fortepian to nie dyskredytowałbym YH-100 względem Staxów.

Natomiast jeśli miałbym słuchać pojedynczy instrument na tle innych to widzę tutaj dużą przewagę Staxów nad YH-100, nie wspominając o moich pozostałych słuchawkach. Miałem dużą przyjemność, by śledzić tyle dźwięków z osobna, nic się nie zlewa, możemy wszystko rozróżnić. Ale też nie ma takiego obowiązku, słuchawki nie narzucają analitycznego stylu, jeśli chcemy się skupić nad całością przekazu to nie będzie z tym problemu. Wystarczy zatopić się w dźwięku.

Góra jest delikatna, ale wyraźna, bardzo dobrze oddana, nie ma problemu z detalem, co uważam za największą słabość w YH-100.

W poprzednich recenzjach natknąłem się na opinię o dość bliskim graniu SR-307, potwierdzam, choć YH-100 są dla mnie jeszcze bliżej. Czasami wolę tak jak prezentują to SR-307, a czasami jak Yamahy. Ze względu na przyzwyczajenie do brzmienia Yamah nie odczuwałem dyskomfortu jeśli chodzi o scenę w SR-307, choć jestem ciekaw jak może to wyglądać w wyższych modelach.

Słucham i czasami nie wierzę jak to może grać z taką kulturą, gracją, bez względu na materiał. Można by zarzucić, że nie ma czasami tej "masy" dźwięku co w YH-100, jeśli ktoś ma takie preferencje. Zarówno jeśli chodzi o dolne rejestry, jak też jako całość dźwięku. W SR-307 tego nie doświadczyłem, to inny typ grania, ale to nie wada. Choć osobiście dla mnie mogłoby być w nich więcej masy, to sam balans tonalny bez zarzutu.

Natomiast tak jak byłem przekonany o doskonałym graniu całości (no może trochę oprócz wysokich tonów) przez YH-100 to zakładając SR-307 wydawało mi się, że to one są tego bliżej (nawet gdyby odjąć im punkt za brak tej masy).

Spróbowałem kilku gatunków i SR-307 w muzyce poważnej pokazują detal, rozdzielczość na niespotykanym poziomie, rock - wszystko oddane prawidłowo, ale wg mojej preferencji dźwięk mógłby być bardziej dociążony, dla ciekawości puściłem metal - na blachach usłyszałem rzeczy, których wcześniej nie wychwyciłem, choć to nie jest gatunek dla Staxów.  Monotonny triphopowy utwór i na SR-307 jak dla mnie największa głębia barwy.
Ergonomia słuchawek bardzo dobra, nie spadają z głowy, wygodne. Zastanawiałem się tylko jak wielkość uszu, może wpłynąć na postrzeganie szczególnie dolnego pasma. Delikatnie odchylając te słuchawki od uszu (czy to w dół, czy w górę) przybywa basu (oczywiście wszystko się pogarsza). Ale jeśli ktoś ma większe uszu i samoistnie nie do końca zmieszczą się to czy może przez to odebrać brzmienie Staxów w nieprawidłowy sposób?

Co do Sennheiserów HD580 - nie były w stanie dotrzymać kroku, podczas odsłuchiwanego materiału grające być może równiej (całościowo) od AKG K340, ale najmniej ciekawe w tym zestawieniu, po przesiadce ze Staxów wydawały się matowe, bez energii. AKG K340 - porównując do Staxów zauważyłem na płycie zespołu Skalpel jak zaburzony jest balans tonalny, perkusja mi w AKG wręcz przeszkadzała, wychodziła przed szereg (ale to się wie dopiero jak się ma w pobliżu Staxy). Porównanie brzmienia trąbki, saksofonu jest nie na miejscu w stosunku do SR-307, tak samo brak spójności przekazu, wszystko wydawało się zaburzone.

Wady te są odczuwane jak robiłem bezpośrednie odsłuchy i porównania. Na co dzień potrafię zachować dystans i aż tak bardzo mi to nie przeszkadza.

Natomiast gdybym miał porównać YH-100, których używam najwięcej (choć teraz od dłuższego czasu jest zastój) do SR-307 to oprócz gorszej góry, Yamahy w trakcie bezpośrednich porównań nie urzekły mnie możliwością rozkładania i śledzenia poszczególnych instrumentów. Do momentu pojawienia się Staxów Yamahy uważałem za doskonałe do operowania całością dźwięku (bez analizy, po prostu słucham i słyszę spójność w porównaniu do dynamików), ale wydaje mi się, że i w tym elemencie SR-307 podniosły poprzeczkę wyżej. Na odsłuchy przeznaczyłem kilka godzin w trakcie jednego dnia tak naprawdę. Żałuję, że więcej nie mogłem, tak niestety wszystko było bardzo intensywne, ale zabrakło odstępów w odsłuchach. Przestawienie się ze Staxów na YH-100 lub odwrotnie również wymaga przyzwyczajenia, kto wie być może po kilku dniach obcowania miałbym trochę inne wnioski.

Za wzmacniacz do moich domowych słuchawek robi Yamaha CA-1010, co też pewnie nie jest optimum.

Słuchawki to dostarczony zestaw Stax oraz Yamaha YH-100, AKG K340, Sennheiser HD580. Źródłem był Denon DCD-3000, wzmacniacz słuchawkowy ;) Yamaha CA-1010, IC Conducfil 8896 (wydawało mi się, że było z nim dynamiczniej w porównaniu do fabrycznego przewodu).

Dziękuję bardzo za możliwość wypożyczenia i przesłuchania zestawu Stax. Dla mnie to ogromne i pozytywne doświadczenie. Póki co zostaję przy tym co mam, ale kto wie (a znając siebie)...być może w przyszłości zacznę polowanie na portalach aukcyjnych.
« Ostatnia zmiana: 08-07-2015, 23:10 wysłana przez piorut »

Krzysztof_M

  • 729 / 2939
  • Ekspert
08-07-2015, 10:47
Dzięki za fajną recenzję. Wyszło bardzo swobodnie i nie na siłę, bez audiofilskiej poezji, tak od serca :)

Karol

  • 884 / 1977
  • Ekspert
08-07-2015, 13:37
...
Co do Sennheiserów HD580 - nie były w stanie dotrzymać kroku, podczas odsłuchiwanego materiału grające być może równiej (całościowo) od AKG K340, ale najmniej ciekawe w tym zestawieniu, po przesiadce ze Staxów wydawały się matowe, bez energii. AKG K340 - porównując do Staxów zauważyłem na płycie zespołu Skalpel jak zaburzony jest balans tonalny, perkusja mi w AKG wręcz przeszkadzała, wychodziła przed szereg (ale to się wie dopiero jak się ma w pobliżu Staxy). Porównanie brzmienia trąbki, saksofonu jest nie na miejscu w stosunku do SR-307, tak samo brak spójności przekazu, wszystko wydawało się zaburzone.

Wady te są odczuwane jak robiłem bezpośrednie odsłuchy i porównania. Na co dzień potrafię zachować dystans i aż tak bardzo mi to nie przeszkadza.
...

@piorut, dzięki za rzetelny opis. Podobnie jak Ty, odbieram granie Staksów.
Nie słuchałem modelu SR-307. Cieszy mnie wiadomość, że ta wspaniała równowaga tonalna jest udziałem i 307, a nie tylko wyższych modeli. Potwierdzam też Twoje spostrzeżenie, że te wszelkie różnice na plus czy minus, wyłapuje się w momencie porównań i wtedy są najbardziej znaczące. Zauważyłem, że po przejściu na te "lepsze słuchawki”, szybko te ich zalety i przewagi przyjmuję za normę i zwyczajnie mi powszednieją.
Prawdę mówiąc, na te "istotne wady", odkryte przy porównaniach, po krótkim czasie też przestaję zwracać uwagę.
I jakby to nie brzmiało, to uważam to za całkiem naturalne. Bo, na co dzień, słuchamy przecież muzyki a nie sprzętu.
A muzyka potrafi sprawić, że przestajemy zwracać uwagę na coś takiego, jak sprzęt czy jakość nagrania.
To jest ta magiczna siła, która pozwala o tym wszystkim zapomnieć i zatopić się w innym świecie.
Choć ja osobiście, lubię mieć tą świadomość, że sprzęt mam dobry i nic mu nie brakuje. :-)

Audiohobby.pl

  • 14 / 919
  • Nowy użytkownik
08-07-2015, 14:20
Dziękujemy za napisanie recenzji.


Przy okazji prosimy, aby Koledzy, którzy wcześniej dostali sprzęt opublikowali swoje sprawozdanie z odsłuchu.

w.luczynski

  • 1596 / 3549
  • Ekspert
08-07-2015, 17:40
Panowie, kto jeszcze nie napisał sprawozdania - dawajcie :) Naprawdę fajnie się to czyta!

Piorut - czy możesz zrobić zdjęcie całej szafki/stolika na audio?

piorut

  • 117 / 3179
  • Aktywny użytkownik
08-07-2015, 19:33
@Karol
zakładam, że pewnie wiele rzeczy mogłoby się zmienić, gdyby zacząć iść w górę w poszczególnych modelach Staxa (i mogłoby wyjść, że Omegi są lepsze od tych co miałem itd., pewnie tak jest), ale to co odnosi się do zapewnienia równowagi tonalnej nie powinno się zmienić, bo w tym czy innym modelu to chyba cecha, która nie może się zmienić (co innego barwa, scena, ale zachowanie proporcji nie może się zmienić jeśli mowa o równowadze) i to mi się bardzo podobało, taka powtarzalność (świadcząca o klasie sprzętu) na każdym materiale. Również uważam, że chodzi o radość z muzyki w największym stopniu (i od pewnego, wcale nie topowego poziomu jest już dobrze sprzętowo), ale oczywiście warto pobawić się brzmieniem, sprzętem, porównywać (dzięki temu też poznajemy muzykę, realizację płyty, słyszymy nowe rzeczy, czyli coś co muzyk czy realizator chciał nam przekazać), a mieć poczucie, że ma się coś sprzętowego o czym marzymy jest jak najbardziej w porządku.


Cieszę się, że mogłem podzielić się opinią i naprawdę jeszcze raz dziękuję, za coś tak niespotykanego w dzisiejszych czasach jak nieodpłatne wypożyczenie do domu (najlepsze warunki by zapoznać się ze sprzętem w spokoju) oraz możliwość umieszczenia subiektywnej, niewymuszonej opinii.

@w.luczynski - próbowałem napisać PW, ale skrzynka zapchana, daj znać jak będzie na niej miejsce.






belesiu

  • 8 / 1173
  • Nowy użytkownik
13-07-2015, 16:53
No dobra koledzy, zróbcie trochę miejsca - teraz ja się nieco uzewnętrznię:

„Błogosławieni głusi, albowiem oni hajendu pragnąć nie będą”.
Moja droga przez coraz wyższą jakość dźwięku docierającego do uszu zaczęła się jakieś 30 lat temu, gdy mój przyjaciel (pozdrawiam Roberta) za ciężko zarobione przez ojca-emigranta w NRF (tak się wtedy pisało) pieniądze kupił przenośny odtwarzacz kasetowy marki STEREO ze słuchawkami Panasonic (odtwarzacz też był tej marki, ale stereo było napisane wielkimi literami, więc...) oraz oryginalną kasetę Fugazi (Marillionu). Przepaść dzieląca nasze poprzednie doświadczenia muzyczne (Kasprzak/Grundig RS232) od nieba, które było nam dane za życia nawiedzić, była niewyobrażalna. Byłem przekonany, że już nigdy w życiu tak ogromnego skoku jakościowego nie będzie mi dane doświadczyć.

Byłem i jestem, bo rzecz jasna, tamtego uczucia nie przebije nic, ale ostatnie trzy dni udowodniły mi, że jednak ciągle w moim życiu jakieś rewolucje (przynajmniej w sferze odbioru dźwięku) są możliwe.

A wszystko zawdzięczam forum Audiohobby.pl i jednemu z jego guru – Wiktorowi, który dał chętnym możliwość poobcowania weekendowo z zestawem słuchawkowym Stax 3170. Zapisała się grupa zacna, same tuzy forów wszelakich, diajłajowcy, recenzenci albo przynajmniej Znawcy. I ja – bidulek, co jeszcze kilka dni wstecz był przekonany, że Fidelio L2 to już naprawdę reprodukują dźwięk, że ho ho.

Co się zatem wydarzyło takiego rewolucyjnego i czy będę dzielił swoje życie na Ante i Post Stax?

W piątek wieczorem, kiedy już wszystkie stworzenia duże i małe (żona, córka, pies i kot) przeszły w tryb hibernacji, wyciągnąłem z ogromnego pudła słuchawki właściwe (nausznicae vulgaris) i energizer i podłączyłem je do następującej konfiguracji:
- źródło zupełnie pierowotne - mini komputer z dedykowanym wyłącznie odtwarzaniu muzyki serwerem Daphile, który to czyta (i robi to wspaniale) wszystkie formaty plików cyfrowych ze wszystkiego co się do niego podłączy (aż czuję wibracje powietrza od tego grymasu niesmaku, który pojawił się na twarzach co bardziej ortodoksyjnych wyznawców winyli, lamp i wszelkich innych analogów). Ten to właśnie Daphile odtwarzał muzykę w formacie FLAC zarówno z plików, z podłączonego pendrive'a, jak i strumieniowo z TIDALA HiFi.
- źródło niezupełnie pierwotne (w skrócie DAC) - Audio-gd 11.32
Z DAC-a za pośrednictwem kabli, które przyjechały razem ze Staxami, sygnał powędrował prosto do energizera, gdzie nabrał mocy właściwej i rozpętał istną burzę elektrostatyczną, zamieniając na mniejsze bądź większe wyładowania sygnał zapisany w następujących zbiorach danych:
(pozwolę sobie kolejno wtrącać moje odczucia, pojawiające się w trakcie docierania do mnie efektów opisanych powyżej zjawisk, które to właśnie (odczucia, nie efekty) kilka akapitów wyżej nazwałem rewolucją)

1. Mozart – Requiem – London Symphonic Orchestra pod Sir Colinem Davisem

Nie wiem, jak dobre to wykonanie, ale teraz jest wyraźnie lepsze. Poprawiła się przede wszystkim sceniczność całej realizacji. Nie umiem poprawnie nazwać wszystkich instrumentów, które wzięły udział w nagraniu, ale potrafię z bardzo dużą dokładnością wskazać, gdzie znajdowały się w jego trakcie. Bardzo wiele zmieniło się w kwestiach wokalnych. Szczególnie panie śpiewające z przodu rozkleiły się (to znaczy ich głosy uległy silnemu odseparowaniu, przez co dużo łatwiej jest mi śledzić ich partie) a i reszta chóru dociera dużo precyzyjniej (do tego stopnia, że odbieram przeróżne pomruki, pochrząkiwania, mlaskanie i inne zabiegi oralne, których celem zapewne jest przygotowanie się do jakiejś szczególnej ekwilibrystyki wokalnej – ha! - nie wiedzieli, że ja ich tu w Staxach przypilnuję, czy świewają, co Mozart kazał, czy na pogaduchy przyszli…)
Tak więc, są aspekty, w których więcej nie musi znaczyć lepiej :)

Podsumowując – zestaw Staxa ożywia i urozmaica realizacje muzyki klasycznej – zarówno chóralnej jak i orkiestrowej. Nie chcę się silić na specjalistę, bo klasyka to zaledwie około 10% mojego czasu z muzyką, ale odnoszę wrażenie, że tutaj zysk jest najwyraźniejszy i pewnie gdybym uzależniał moje decyzje zakupowe od jakości reprodukcji tego gatunku, to od dzisiaj zbierałbym na Staxy.

2. Jan Garbarek – Visible World

Czy ja napisałem powyżej, że w klasyce zysk jest największy? No to bzdurę napisałem. Szelesty, podmuchy, wybrzmienia, cyknięcia. Wszystkie dźwięki, które da się wydobyć z instrumentów perkusyjnych brzmią na tej płycie po prostu nieziemsko. Nie wiem (i chyba nie chcę wiedzieć) jak to jest możliwe, że słychać tak dobrze tak drobne zdarzenia dźwiękowe, ale chwała Japończykom za to, że uzasadniają zakupy dobrze zrealizowanych płyt. Rzeczywiście – świat staje się widoczny, szczególnie po zamknięciu oczu. Muzyka angażuje w 100%. Nie ma to nic wspólnego z tzw muzyką relaksacyjną i nagranymi w jakichś zaawansowanych systemach przestrzennych (binaureal czy jakoś tak) odgłosami potoków i innych szumów wiatrów. Garbarek (a może Stax) wyczarowują powietrze, wodę, ziemię i ogień z dość prostego instrumentarium. Oczywiście – saksofon z przodu, ale bas mruczy i krąży a wszystkie przeszkadzajki (na tej płycie sens tej nazwy ginie) rozciągają się od prawa do lewa i od tyłu po horyzont pozwalając na orientowanie się we wszystkich zdarzeniach, które wokół nas się rozgrywają. A dzieje się tu… Genialnie.

3. Świerszcze, psy, krzyki, gitara, patos – czyli Amused to death – Roger Waters

Płyty takie jak ta powinny być dołączane do zestawu Staxów w tak zwanym "bundlu" z dopiskiem, jaki stosuje Chesky - „usłysz różnicę”. Wydaje mi się jednak, że o ile w nagraniach klasycznych i jazzowych tylko techniczni realizatorzy dźwięku myślą o tym, w jaki sposób przedstawić dźwięk na płycie, to właśnie na płytach Watersa słychać, że sceniczność muzyki jest co najmniej równie istotna jak pozostałe jej walory artystyczne i jest projektowana równie wcześnie. Waters wymyślił wszystko tak, aby słuchacz nie miał chwili wytchnienia i ciągle odkrywał nowe smaczki zarówno w sferze fabularnej jak i w kwestiach realizacyjnych. Banałem będzie jak napiszę, że usłyszałem tutaj więcej przez te kilkadziesiąt minut, jakie mogłem poświęcić tej płycie na Staxach, niż przez 20 lat jej słuchania na wszystkim innym, na czym jej wcześniej słuchałem. Wiem, że ludzie wymieniają się informacjami na temat rasy szczekających psów, gatunków świerszczy, odległości burzy i innych zapisanych na tej płycie zdarzeń. Nie ma co pisać, trzeba tego słuchać (i czekać, aż Fajans coś nowego wyda).

Nota bene – poprzednie płyty Watersa to też absolutna pierwsza liga jakości dźwięku i rozbudowania fabularno-scenicznego.

4. Talk Talk – The Colour of Spring

Klimat nostalgii, oczekiwania, nadziei – to sporo niskich dźwięków do przekazania. Nie jest to wprawdzie techniczny death metal i bas nie musi aż tak ciężko pracować, niemniej jednak słuchawki w dolnych rejestrach mają co robić i musi to być praca wykonana porządnie. O górę (której też jest bardzo dużo, bo w tej płycie powietrza jest tyle, że balony można dmuchać) byłem spokojny. Nie wiedziałem tylko, jak słuchawki poradzą sobie z basem (naczytałem się pierdół, że elektrostaty nie radzą sobie z basem to i obawy rosły).

Ilościowo może faktycznie – jakiejś klęski urodzaju tutaj nie ma, ale za to jakościowo...
Żeby nie wprowadzić jakichś wątpliwości – jeśli basu byłoby choć odrobinę więcej, niż dają Staxy – byłoby go zbyt dużo. Jest tam gdzie ma być, trwa tyle, ile ma trwać i jest go tyle, ile trzeba. Dociąża, nie spowalnia, niczego nie przykrywa – idealnie. A średnica i góra sprawiają, że piszę ten akapit trzecią godzinę, bo nie umiem się oderwać od słuchania płyty, którą znam na pamięć w każdą stronę. No ale przecież nigdy nie słuchałem jej w taki sposób – jednocześnie analityczny (bo muzycy rozeszli się po scenie i każdy mocno pilnuje swojego miejsca) i syntetyczny (bo dźwięki doskonale się uzupełniają i znajdują niesamowicie silne oparcie w wyraźnym, ale wcale nie mocno akcentowanym rytmie, który czuć jako ruch powietrza wdychanego i wydychanego w trakcie spaceru po lesie, świeżo po burzy). I znów Hollis nie przewidział, że ktoś go będzie tak pilnie słuchał i zostawił na płycie mnóstwo śmieci (jakieś mruknięcia, uwagi do muzyków, komentarze – a może to tak miało być – nie wiem).

5. Reszta świata

Mam kilkadziesiąt ulubionych płyt – raczej 90 niż 20. Głównie słucham rocka progresywnego, różnych odmian metalu, post rocka, klasyki w dużych składach, smooth jazzu. Oczywiście w ciągu tych trzech dni nie udało mi się posłuchać wszystkiego, czego bym chciał posłuchać. Wszystko jednak, co zagrało, zagrało wyraźnie lepiej. Największa radość w nowej odsłonie dawała mi scena. W tej dziedzinie słuchawki Staxa są absolutnie nie do pobicia i gdybym sam nie usłyszał, co się dzieje w muzyce, którą znam tak przecież dobrze, to nikomu bym nie uwierzył, gdyby próbował mi opowiedzieć. Wiele zdarzeń nabrało sensu z punktu widzenia rozwoju zdarzeń na płycie (w przypadku muzyki, której słucham, często akcja rozciąga się na wszystkie utwory i aby w całości odebrać zamysł autora trzeba mieć rozeznanie zarówno w muzycznej treści płyty, która podkreśla i uzupełnia libretto, ale również ma oparcie w geograficzno-geometrycznym rozmieszczeniu pozornych źródeł dźwięku). Idealnie precyzyjne przekazywanie partii basowych, pozwoliło wysunąć się do przodu (a często w ogóle zaistnieć) sygnałom towarzyszącym różnym zdarzeniom (niepokój wywołany ruchem, wrażenie chaosu lub porządku, spokój bądź niepokój przekazywany przez rozedrgane bądź stojące plamy dźwiękowe w wyższych rejestrach). O wielu z tych zjawisk nie miałem zupełnie pojęcia i żal mi rozstawać się ze sprzętem, który pokazał mi jak wiele mogę jeszcze usłyszeć.

Podsumowanie zalet:
- nieprawdopodobna szczegółowość, która jednak pozwala się skupić na całości (dzieje się tak chyba dzięki dość wąskiej prezentacji - jak na smartfonie z ultra wysoką rozdzielczością ekranu - bez problemu obejmiesz całość, ale po dokładnym wpatrzeniu się, wyłapiesz najdrobniejszy szczegół)
- zapierająca dech klimatyczność, ocierająca się wręcz o efekty rodem z kin 5d - drgania, muśnięcia - nie wiem jak to się dzieje, ale się dzieje, że....- bardzo dobra kontrola niskich tonów - nie jestem basolubem, więc nie będę się rozpisywał nad poszczególnymi pasmami basów - po prostu - bas jest fenomenalnie punktualny czasowo, idealnie precyzyjnie zlokalizowany, niczego nie przykrywa.
- średnica i wysokie tony to czysta poezja, ważne, że nie ma tu nadmiernej ostrości, nawet użyłbym słowa "ciepło", ale nie użyję, bo mogłoby zostać niewłaściwie odczytane.
- lokalizacja zdarzeń, brak sklejania się sąsiadujących dźwięków, możliwość śledzenia praktycznie każdego wybranego instrumentu/głosu - mistrzostwo świata.

Nie jest to jednak sprzęt bez wad.

Dość boleśnie obnaża słabe realizacje. Pewnie przestałbym słuchać Marillionu, U2, Red Box i jeszcze kilku wykonawców, których lubię (a przynajmniej niektórych ich płyt) gdybym miał ich słuchać na Staxach. Płasko, w środku głowy, jeśli już jakiś ruch, to nienaturalny…

Boleśnie odebrała też Staxa moja głowa – jej czubek mam odciśnięty tak, że nie mogę się dotknąć, szyja mnie boli a wokół uszu mam coś w rodzaju odleżyn. Ciężar na głowie i imadło na uszach to coś, do czego zupełnie nie jestem przyzwyczajony i gdyby jutro się okazało, że nie muszę słuchawek oddawać, tylko mogę słuchać kolejne trzy dni, to moja radość byłaby cokolwiek wątpliwa (na obronę Staxów też coś mam: mało kto jest tak zwariowany jak ja i siedzi 3 doby praktycznie bez przerwy, ze słuchawkami na głowie)

No i cena. Najprawdopodobniej po prostu nie jestem targetem. Staram się racjonalnie iść przez życie i dysponować zasobami tak, by ich dystrybucja świadczyła o przyjętych przeze mnie i moją rodzinę priorytetach. Dlatego równowartość dwóch średnich krajowych za (jakby nie było) słuchawki, to jednak zbyt wiele.

A szkoda – naprawdę. Bo chyba się zakochałem. Więc gdyby to były nie dwie średnie, ale takie jakieś minimalne, to kto wie...

P.S. Dziękuję koledze Paratykusowi za pomoc w przygotowaniu tekstu - kilka uwag, ale jakże celnych.
P.P.S. Przepraszam wszystkich za brak zdjęć - ale muzyka pochłonęła mnie tak, że nawet sikać chodziłem co drugi raz (niczego nie będę wyjaśniał). Więc o zdjęciach nawet nie pomyślałem - a ta hiena (kurier znaczy) już stała u drzwi i chciała krwi

wiktor

  • 2151 / 3547
  • Moderator Globalny
13-07-2015, 19:54
Leszku,

Twoja recenzja robi wrażenie. Jak będziemy mieć banner Cytat miesiąca, to nominuję:

"Czy ja napisałem powyżej, że w klasyce zysk jest największy? No to bzdurę napisałem. Szelesty, podmuchy, wybrzmienia, cyknięcia. Wszystkie dźwięki, które da się wydobyć z instrumentów perkusyjnych brzmią na tej płycie po prostu nieziemsko".

Super!