Audiohobby.pl
Audio => Magnetofony => Serwis => Wątek zaczęty przez: Hammer w 08-03-2026, 21:00
-
Mamy coraz większy problem, zajechane tuleje capstanów, czas też daje o sobie znać, te łożyska samosmarowne też potrzebują odpowiedniego smarowania, ale nie wolno ich smarować ani olejami ani smarami zewnętrznie, tylko powinno się zastosować odpowiednią procedurę nasączenia materiału.
Jak każde łożysko ma swoją żywotność, albo jest możliwość regeneracji albo wymiana.
Nie robiłem tego jeszcze, bo zastanawiałem czy da się wybić te tuleje, czy trzeba zrobić nowe, jakie średnice, tolerancje i odpowiedni materiał.
A co z osiami ? jeśli średnica robocza może się zużyć?
Dużo niewiadomych.
Widziałem super kopiarki z łożyskami na kulkach jako tuleje.
Moźe Artur coś podpowie.
W każdym razie nie powinno się smarować tych łożysk - tulei i osi żadnym olejem co wytworzy dodatkowy szkodliwy film
-
Czyli składasz na sucho capstany?
Nie widzę ze swojej strony jak miałby zaszkodzić olej...
Co do wymiany - wg mnie w warunkach domowych to słabo to widzę. Raz że trzeba idealnie równolegle wprasować dwa same capstany są już zużyte. Nie wiem jaka była technologia produkcji (wciskana tuleja czy wiercone już po wprasowaniu (pewnie jednak wciskane gotowe). No chyba, że konstrukcja mecha na to pozwala - czyli są wkręcane elementy z obsadzoną tuleją.
Oprócz tokarki to pewnie trzeba by mieć rozwiertaki i wiedzę i umiejętności. Spasujesz za luźno, dupa chodzi po skosie, za ciasno to się zatrze :)
Zapewne dla czegoś co jest ultra rzadkie to będzie się opłacała rzeźba, w innym wypadku raczej poszukiwanie dawcy.
-
Temat bardzo kontrowersyjny i ciężko mi coś dodać do tego co napisałem w temacie mojego "filipka". Zaznaczam mocno, że są to moje doświadczenia, których nabrałem przez lata robót (kilkadziesiąt najwyżej) przy takich małych maszynkach jak silniczki do elektroniki, dokładnie to samo tyczy się tulejek "capstanów" i innych łożysk ślizgowych z brązu technicznego (czerwony) i fosforobrązu (złotawy), tylko takie spotykałem w swoim doświadczeniu.
Czasem nie da się odzyskać używanego łożyska ślizgowego, bo traci wymiary. Muszę tu podpowiedzieć kiedy takie łożysko nadaje się do odzysku, jeśli trzyma ono wymiary z tolerancją producenta, to można jeszcze próbować je czyścić i "smarować".
Robię to kolejno: delikatnie demontuję z silnika, czyszczę ręcznikiem papierowym, przedmuchuję dokładnie spr. powietrzem i mierzę. Jak się nadaje to myję w IPA, rozgrzewam gęsty smar do ok. 80 st C, wrzucam łożysko i trzymam tak jakieś 30- 40 minut (ważne, by łożysko nie zmieniło koloru), wyjmuję, czekam aż ostygnie i dokładnie czyszczę i wydmuchuję resztki smaru i zanieczyszczeń. Rozgrzewam do ok. 50- 60 st C olej maszynowy, taki mocno rzadki i wrzucam łożysko na jakieś 4 godzinki (ważne, by łożysko nie zmieniło koloru), po tym czasie wyjmuję, czekam aż ostygnie i dokładnie czyszczę i wydmuchuję resztki oleju. Na zimno, bardzo cienko smaruję wazeliną techniczną i mam gotowe do montażu łożysko, którego jestem pewien.
Cała procedura jest mocno upierdliwa i czasochłonna, ale ma na celu 1: wyczyszczenie, 2: nasycenie smarowidłem, 3: zabezpieczenie przed utlenianiem. Trzeba przypomnieć, że fosforobrąz jest porowaty i w kieszonkach zawsze zostają zanieczyszczenia. Tą metodę dawno temu sprzedał mi za flaszkę bimbru pewien ślusarz naprawiający w radiu Lublin magnetofony.
Powtarzam, że są to moje doświadczenia, których nabrałem przez lata robót, nie robię tego na codzień, a raczej z braku innej możliwości, np. braku na rynku albo ceny z sufitu. Przykładowo "nowy" silnik do rzeczonego "fryderyka" Silma PRM-33-1.9 w cenach od 250 do 270 pln z zapewnieniem, że są w idealnym stanie ;), pytam bo nowe? Ale zleżałe jakieś 30 lat, czasami nawet z zielonym nalotem tlenku miedzi.
-
Myślę, że ciekawy temat. Warto poczytać o doświadczeniach.
To co opisałeś nawet da się przeżyć o ile można mieć łożyska w ręku. Jeśli nie, to jest to czasami cały blok mechanizmu (np Sony TCM200D) więc to by podniosło stopień trudności jeszcze wyżej. A wybijanie łożysk mi się nie uśmiecha...
-
Artur napisał poprawną procedurę.
Z mojego doświadczenia jeszcze podpowiem jeżeli nie mamy możliwości demontażu bierzemy kawałek włóczki wełnianej, przeciągamy dokładnie po całym łożysku, do łożyska wstrzykujemy kilka kropel oleju do organów hammonda. Tam mamy właśnie łożyska z brązu i one są zwilżane kapilarmi z arterii. Czekamy 12 godzin aż brąz wciągnie, przeciągamy włóczkę żeby zebrało nadmiar wkładamy oś, myjemy dokładnie capstan i po kłopocie
Link do oleju :https://www.ebay.pl/itm/233892418866
-
Z mojego doświadczenia jeszcze podpowiem jeżeli nie mamy możliwości demontażu bierzemy kawałek włóczki wełnianej, przeciągamy dokładnie po całym łożysku, do łożyska wstrzykujemy kilka kropel oleju do organów hammonda. Tam mamy właśnie łożyska z brązu i one są zwilżane kapilarmi z arterii. Czekamy 12 godzin aż brąz wciągnie, przeciągamy włóczkę żeby zebrało nadmiar wkładamy oś, myjemy dokładnie capstan i po kłopocie
O widzisz, takie info potrzebne jak najbardziej.
Z tą włóczką to jakaś prawda musi być, bo wełna ma takie drobne kłaczki, a te mogą wrzynać się w te kieszonki w brązie i wyczyścić z nich zanieczyszczenia.
A z tym namaczaniem, to preferuję jednak ciepły olej, skraca mocno procedurę. Wyższej temperatury nie zalecam, ta jest bezpieczna, bo jeszcze bardzo daleko do temperatury wrzenia tego oleju (250- 300 st C). Zbyt gorący olej powoduje nasycenie brązu powietrzem, a to z kolei powoduje szybszą korozję.
I chyba tyle ode mnie w tym temacie. W obróbce mechanicznej jestem raczej lajkonik :( .